Naive 8

Naive 8

– Znalazłam. – uśmiechnęła się pod nosem, zamykając z impetem swój laptop. Gale spojrzał na nią dziwnym wzrokiem.

– Niby co? – spytał, jednocześnie nadal układając płyty w odpowiedniej kolejności. Ludzie przychodzący do sklepu muzycznego mieli niezdrowy i znacząco uciążliwy nawyk nie odkładania płyt na odpowiednie miejsce. Po całym dniu pod L można było znaleźć Claptona, a pod A Jacksona, więc Gale niestrudzenie musiał przeglądać płyty i w razie potrzeby przenosić je na odpowiednie miejsce, inaczej bałagan nie byłby już możliwy do opanowania.

– Nie uwierzysz, ale ostatnio zaciekawiła mnie mitologia japońska.

– Masz rację, nie wierzę. – zaśmiał się, sprawnie wkładając Nirvanę na półkę z jakże zacną literką N. – Skąd ci się nagle wzięła mitologia japońska? Ostatnio, o ile dobrze pamiętam, wałkowałaś brytyjski Punk, czasy tamtejszej anarchii. Sid Vicious, Sex Pistols, The Clash...

– Długo by wyjaśniać. – mruknęła.

– Och, nie musisz już nic mówić. Znam tę minę ala-absolutnie-nic-ci-nie-powiem. – pokręcił karcąco głową, przez co poczuła lekkie wyrzuty sumienia względem niego. Gale był jej najlepszym przyjacielem, a mimo to przez boga Tsukuyomiego musiała mieć przed nim tajemnice, co automatycznie zaprzeczało części definicji „przyjaciela”, czyli „mówimy sobie wszystko”.

– Mitologia japońska jest szalenie ciekawa. Każde zjawisko ma swojego boga, a ich relacje pomiędzy sobą są wytłumaczeniem dla wielu zależności pomiędzy poszczególnymi rzeczami. Na ten przykład Legenda o Tsukuyomim i Amaterasu. – spojrzała na Galea rozkiszonym wzrokiem. On również wyglądał na szczerze zaciekawionego. – Tsukuyomi to bóg Księżyc, a Amaterasu jest bogiem Słońcem, a zarazem siostrą Tsukuyomiego.

– Siostra? Ale przecież Słońce i Księżyc nigdy nie mogą się spotkać, czy dla rodzeństwa nie jest to przekleństwem, lub swoistym nieszczęściem i niesprawiedliwością? – podrapał się z zamyśleniem po brodzie. Uśmiechnęła się do niego, klaszcząc raz w dłonie z aprobatą.

– Dokładnie Gale. Japończycy dość logicznie wyjaśnili ową anomalię. Mit o tym, jak to Tsukuyomi zabił bogini urodzaju Toyouke, mówi jasno o fakcie, że Amaterasu zbulwersowana aktem agresji i barbarzyństwa swojego brata, postanowiła go wygonić ogłaszając, że nie chce go już nigdy więcej widzieć.

– To nawet logiczne. – pokiwał ze zrozumieniem głową. – A więc to dlatego Słońce nigdy nie spotyka się z Księżycem. I w tej mitologi, każde podobne zjawisko ma swoje wyjaśnienie?

– Niesamowite, prawda? – wychyliła się nieco do przodu, twardo opierając się o łokcie. – Jest bóg deszczu, cienia, morza, lądu i nieba... oraz Wiatru. – przypomniała sobie, jak w zamkniętym pomieszczeniu poczuła na skórze wiatr, a także jak ten sam towarzyszył jej podczas wczorajszego incydentu. – Mówiłam ci o Tsukuyomim i Amaterasu...

– Tak, powiedziałaś, że byli rodzeństwem. – przytaknął jej, sprawnym ruchem przekładając to kolejne płyty z półki na półkę.

– Okazuje się, że była ich trójka.

– Trójka? – Gale szczerze się zdziwił, na chwilę przerywając swoją pracę z wrażenia. Na jej twarzy pojawił się uśmiech tryumfu.

– Był jeszcze jeden brat. Bóg Wiatru Susanoo.

– I to było tym twoim odkryciem? – zaśmiał się, na co pokręciła przecząco głową. Miała w zanadrzu o wiele większą bombę.

– Nie. – odparła. – To dotyczy mitu o Tsukuyomim i Amaterasu. Okazuje się, że istnieją dwie wersje tej historii i obie są w wielu kręgach stawiane na równi.

– To znaczy, że żadna nie może być do końca wykluczona. – rzucił.

– Właśnie. Pierwsza wersja niezaprzeczalnie potwierdza, że to Tsukuyomi zabił Toyouke, jednak to drugą uważam za znacznie ciekawszą. Otóż historia głosi, że to Susanoo zabił w tajemnicy Toyouke, po to by skłócić pozostałą dwójkę rodzeństwa.

– Uuu rodzinny dramacik z morderstwem w tle. – odparł Gale. – Rzeczywiście, ta wersja wydaję się o wiele ciekawsza, ale nurtuje mnie w tym wszystkim jedno – przygryzł zabawnie dolną wargę, jak to miał zawsze w zwyczaju gdy myślał, po czym spojrzał na nią zaczepnym wzrokiem. – skoro wszystkie legendy, mity... zwał, jak zwał... mają za zadanie wyjaśniać jakieś zjawisko, to co wyjaśnia wersja o Susanoo? Jaki interes miał Wiatr by skłócić Słońce i Księżyc?

– Diabelnie dobre pytanie Gale. Jak chcesz to potrafisz myśleć.

– Zaraz cię uderzę Doorsami. – podniósł do góry płytę The Doors i uśmiechnął się cwaniacko, marszcząc brwi w wyimaginowanej złości.

 – Wolałabym Nirvanę. Kurt Cobain zawsze mnie bardziej kręcił od Jima Morrisona.

– Obaj źle skończyli... – przypomniał jej, a ona jedynie machnęła na niego ręką.

– Życie nigdy nie jest łatwe... Jak nazwać to uczucie? Już wiem. – spojrzała na niego poważnym wzrokiem. – To tak, jakby stać na krawędzi klifu. Niemal czujesz na opuszkach bosych stóp zimny, przeszywający i kujący chłód ziejący z nicości przed tobą.

– Krawędź klifu? – powtórzył cicho, tak by jej nie przerywać.

– Dokładnie. Wystarczy jeden ruch. Niby nieświadomie przechylasz swój ciężar, jednak ten ruch sprawia, że twoje ciało nie potrafi się oprzeć. Spada. Nicość je pochłania, a wraz z ciałem znika świadomość, myśli, to co boli, ale także i to co cieszy. – pokiwała głową, przekładając w dłoniach jakąś płytę. Dobrze znała te uczucie.

– Jednak czy warto skoczyć? – spytał, a ona już wiedziała, że zaczął się o nią martwić. Poznawała to po jego brwiach marszczących się w charakterystycznym ułożeniu oraz spojrzeniu.

– Czy warto? – uśmiechnęła się pusto, jedynie dla zasady, na pewno nie wskutek dobrego humoru. – Wielu uznało, że tak. Postanowiło przechylić swoje ciało do przodu i w ten sposób pozbyć się wszystkiego. Być może z czasem taki krok wydaje się zbyt drastyczny, jednak… nie nam to oceniać. A jeśli inaczej nie potrafią? A jeśli życie było dla nich torturą, piekłem za życia? Co wtedy? Wierzący, ale i ci niewierzący zapewne powiedzą, że to nic nie zmienia. Życie, to życie – jest jedno, więc szanujmy je i pielęgnujmy, choćby nie wiadomo jak było nam źle. – podniosła głowę i demonstracyjnie zacisnęła pięści. – Zaciśnij pięści, przygryź wargę, odetchnij głęboko, po czym uśmiechnij się szeroko – zostań wielkim kłamcą, wspaniałym aktorem, błaznem, który mimo tego, że rozśmiesza innych, samotnie boryka się ze swoim smutkiem. Przecież to takie proste. Udawanie, każdemu tak dobrze wychodzi.

– Myślę, że w pewnym sensie masz rację. – odłożył na swoje miejsce Doorsów, po czym znów usiadł naprzeciwko niej. Ich spojrzenia się spotkały w cichym porozumieniu dusz. – Kłamiemy, oszukujemy, często nawet nie drgnie nam przy tym brew, a nawet więcej, często tak dobrze nam idzie, że w pewnym momencie zaczynamy oszukiwać samych siebie. Stwarzamy skorupkę udawanej satysfakcji i szczęścia. Skorupka daje nam satysfakcję i pozory, których poszukiwaliśmy, jednak jest ona nad wyraz krucha. Wystarczy jeden cios, a całe nasze szczęście rozsypuje się, znów ukazując naszej duszy nieszczęśliwą osobę, którą po prawdzie nigdy nie przestaliśmy być.

– Jak myślisz Gale, kiedy moja skorupka pęknie? – spytała cicho.

– Wtedy, kiedy moja. – odpowiedział, a wiatr zawiał, nieco przechylając jej ciało w stronę lądu.

 

Po powrocie do domu dobrze wiedziała, co chce zrobić. Nie było przecież sensu czekać z tym do jutra, wcześniejsze wyjaśnienie sobie pewnych spraw powinno jej pomóc. Zamknęła drzwi swojego pokoju, otworzyła szeroko okno, po czym stanęła na środku twarzą do nieba.

– Tsukuyomi! – powiedziała głośno i wyraźnie. – Chodź tutaj, wiem, że jesteś gdzieś blisko. – cisza. Nawet żaden owad nie śmiał się odezwać. Zacisnęła pięści, czując jak przepełnia ją irytacja. – TSUKUYOMI! Rusz tu ten swój boski-święcocy tyłek i pojaw się. – niemal wrzasnęła. Już miała zacząć kolejną tyradę, gdy nagle poczuła na skórze znajome uczucie. Tak. Odwróciła się. Na łóżku siedział Tsukuyomi wlepiając w nią swe lodowate spojrzenie.

– Boski-święcocy tyłek? – uniósł znacząco prawą brew do góry. – Musimy poważnie popracować nad tym jak się do mnie odzywasz... pierwsza lekcja... szacunek. – odparł, a ją zalała fala strachu, zimna i światła księżyca.


Stoję na krawędzi. Moje włosy rozwiewa chłodny wiatr, a opuszki palców u stóp beztrosko wystają nad przepaścią. Kiwam się. Ten ruch jest bezwarunkowy – kiwam się do rytmu swego serca. Raz rytm ciągnie mnie do tyłu. Jest porywczy, jasno mówi, co mam robić, więc tak robię. Jednak czasem… czasem zwalnia, nieznacznie przechylając się w drugą stronę.

Brak komentarza 26 Listopada 2014 o godz. 01:23

Naive 8

Komentarze 2

daguska93
daguska93 26 Listopada 2014 o godz. 18:58

Taaa Emoticon :p To jest TA podniesiona brew ;p

Aju1992
Aju1992 26 Listopada 2014 o godz. 08:30

Z tą podniesioną brwią od razu skojarzył mi się Teal'c z serialu Stargate SG1. http://i246.photobuc...therguysAQOcap2t.jpg

Wyświetleń: 255