Oneshot - Jeden papieros

Włożyłem do ust papierosa, po czym go zapaliłem. Aromat tytoniu wraz z dymem gładko rozniósł się po sypialni, budząc śpiącą obok mnie dziewczynę do życia. Jak na zawołanie poruszyła się leniwie, otulając nagie ciało kołdrą.

– Każdy poranek rozpoczynasz papierosem? – spytała. Powolnie wypuściłem z płuc nagromadzony dym, bez większego powodu wpatrując się w niestabilną przestrzeń przed sobą.

– Uhm. – przytaknąłem. – To taki rytuał, informacja dla mojego ciała, że nadal żyję.

– Informacja? – zdziwiła się szczerze, najwyraźniej nie rozumiejąc o co mi chodzi.

– Tak, informacja. – zaciągnąłem się, po czym znów wypuściłem dym przed siebie. – Normalnie nie palę. Spokojnie wytrzymuję cały dzień, a nawet noc bez papierosów, co dla wielu jest dziwnie... ale tak jest. – spojrzała na mnie. Jej oczy w słabym świetle lampki zalśniły, tym bardziej podkreślając ciekawość właścicielki. – Jednak po przebudzeniu sytuacja całkowicie się zmienia.

– Wtedy musisz zapalić. – odparła, sprawnie odgadując moje myśli.

– Dokładnie.

– Próbowałeś tego nie robić?

– Próbowałem. – przyznałem, dobrze pamiętając jak się wtedy czuje. – To nie tak, że chce to robić... To tak, jak powiedziałaś wcześniej, ja MUSZĘ zapalić. – ostatni raz pociągnąłem papierosa, aż jarzący się pasek ognia leniwie dotarł do filtra, radośnie ogłaszając koniec porannego rytuału. Coś się skończyło, będąc jednocześnie początkiem nowego. – Jeżeli tego nie robię moje ciało wariuje. Skórę oblewa zimny pot, ręce trzęsą się jak osika, oczy tracą ostrość, oddech i bicie serca przyśpieszają.

– Naprawdę? – jej mały kciuk głaskał mnie delikatnie po ramieniu. Byłem szalenie ciekaw, czy robiła to świadomie, czy też nie, jednak mimo wszystko o to nie spytałem.

– Naprawdę. – zgasiłem niedopałek w popielniczce, która już od dwóch lat niezmiennie leży na zagłówku łóżka, będąc niemym dowodem moich słów. – Prościej mówiąc czuję strach, a raczej to moje ciało go czuje. Bez tego jednego papierosa ciało ma wrażenie, że przyszła po nie sama śmierć, dlatego reaguje strachem... to naturalny stan.

– Dlaczego? – ciekawość miała niezachwianą. Po ułożeniu jej ust wiedziałem, że nie odpuści, choć znałem ją dopiero kilka godzin. Poznaliśmy się w barze. Przysiadła się do mnie, gdy właśnie kończyłem drugą szklankę whisky i najzwyczajniej w świecie zagadała. Nie pamiętam byśmy rozmawiali o czymś konkretnym, jednak spędziłem z nią naprawdę miłą godzinę, upływającą na swobodnej wymianie poglądów oraz pochłanianiu to kolejnych szklanek alkoholu. Zaproponowałem by wstąpiła do mnie, a ona się zgodziła, sprawiając wrażenie w pełni świadomej tego, co się stanie.

– To było dwa lata temu... w sumie głupia historia i nie mniej głupi przypadek, jednak ciału to w zupełności wystarczyło. – przymknąłem lekko oczy, przypominając sobie tamte wydarzenia. – Kiedyś paliłem rano dla przyjemności. Przyzwyczaiłem się do tego, jednak nie było to jakimś większym przymusem. Pewnego dnia... nie zrobiłem tego. Paczka okazała się pusta, więc najzwyczajniej pominąłem ten etap, przechodząc gładko do następnego. Wstałem, umyłem zęby, nawet udało mi się coś zjeść i trach!

– Trach?!

– Uhm. – kiwnąłem twierdząco głową. – Trach. Potknąłem się o dywan i niefortunnie upadając, uderzyłem się głową o futrynę. Pełno krwi, pełno hałasu i pełno bólu. Zero miłych wspomnień, choć hałas mnie uratował. – podciągnąłem kołdrę, czując niemiły chłód na skórze. – Sąsiad z dołu usłyszał, że coś się dzieje i najzwyczajniej w świecie się zmartwił. To dobry człowiek, każdego innego nie obeszłoby to, a on ruszył się i sprawdził, czy wszystko u mnie w porządku. Pukał, pukał... straciłem przytomność, więc nie otwierałem, do tego straciłem mnóstwo krwi.

– Wszedł mimo wszystko? – spojrzała na mnie oczami wielkimi niczym dwie gwiazdy.

– Uhm. – znów przytaknąłem. – I to mnie uratowało. Wezwał pogotowie, zajął się wszystkim, nawet pojechał ze mną do szpitala. Lekarz powiedział, że gdyby nie sąsiad, to na pewno bym się wykrwawił. – przymknąłem lekko oczy i odetchnąłem. – Przez jeden papieros.

– Raczej przez twoje roztrzepanie. – mruknęła.

– Być może... jednak ciało zwaliło wszystko na papieros. Gdzieś w środku, jakieś głupie kabelki połączyły się w spójną całość. Nie palisz rano, czeka cię nieszczęście, a nawet śmierć.

– To niedorzeczne. – skarciła moją pokrętną logikę, jednak mimo świadomości własnej głupoty nie potrafiłem tego zmienić. Próbowałem nie palić po przebudzeniu, jednak reakcja ciała na to była nie do wytrzymania. Wolałem dla świętego spokoju robić to, niż przechodzić co rano przez piekło na ziemi.

– Uhm. – powtórzyłem, nie mając siły się z nią kłócić. Tak, wiedziałem o tym. Byłem królem błaznów, głupcem nad głupcami, nie potrafiącym spojrzeć prawdzie w oczy. Brawo.

Wyszła około południa. Zostawiła jedynie kartkę ze swoim numerem i prostymi słowami „zadzwoń, jak będziesz tęsknił” naskrobanymi niebieskim długopisem. Wstałem, nałożyłem na siebie dres i biały, nieco już schodzony podkoszulek, po czym napiłem się kawy oraz zjadłem spóźnione śniadanie. Chodź patrząc na porę powinienem nazwać ów posiłek obiadem. Zawsze zastanawiało mnie, co determinuję fakt, że śniadanie jest śniadaniem, obiad obiadem, a kolacja kolacją. Czy wszystko zależy od pory dnia? Rano w godzinach od piątej do dwunastej mówimy o śniadaniu, potem gdzieś do siedemnastej wchodzi w grę obiad, a po siedemnastej zaczynamy kolację. A może zawsze pierwszy posiłek po przebudzeniu jest śniadaniem, drugi obiadem, a trzeci kolacją? Możliwe, jednak cała teoria bierze w łeb, jeżeli dodamy do tego lunch i podwieczorek... Rozbolała mnie głowa. Zjadłem tost z dżemem, po czym marudząc pod nosem włączyłem płytę The Kooks. Położyłem się na kanapie, zamknąłem oczy i spróbowałem odpłynąć. Odpłynąłem.

Minął tydzień, choć jak dla mnie czas płynął aż nazbyt szybko. Wrażenie, że dopiero, co spałem z tamtą dziewczyną z baru nie opuszczało mnie ani na chwilę, jednak kalendarz mówił, co innego. Jak nic minął tydzień. Pogodzony z losem żyłem dalej. Kładłem się spać, wstawałem rano, paliłem papierosa, jadłem śniadanie i tak w kółko. Nagle dziesiątego dnia, coś się zmieniło. Obudziłem się zlany potem. Serce biło szalenie, jak wściekły bębniarz w ogromny bęben, a oddech przyśpieszał i przyśpieszał... Strach. Dobrze wiedziałem, czym go ugaszę, choć już wtedy powinienem się zastanowić, że coś jest nie tak. Przecież strach zawsze przychodził dopiero po godzinie po przebudzeniu, gdy nie zapaliłem, a teraz... nie ważne. Pośpiesznie wymacałem na zagłówku paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym nie tracąc czasu zapaliłem papierosa, łapczywie wciągając zbawienny dym do płuc. Pomogło połowicznie. Serce nieco się uspokoiło, oddech również powoli wracał do normy, ale strach... strach pozostał, a wręcz narastał. Przybierał dziwną, niepokojącą formę paniki, która niczym miękka plastelina wcisnęła się w szczeliny mojego ciała, będąc tam, a jednocześnie ukrywając się zmyślnie przed wzrokiem. Idąc za ciosem wypaliłem drugiego papierosa, jednak mój stan się nie polepszał. Byłem w kropce. Skoro już nawet papieros mi nie pomaga, to co teraz mam zrobić? Jak mam żyć z tą paniką i strachem w sercu? Czy jest to w ogóle możliwe? Uspokój się, powtarzałem jak mantrę w kółko łudzą się, że to coś pomoże. Nie namyślając się długo, pchnięty jakimś przeczuciem, czymś wręcz nieokreślonym, wyszedłem z mieszkania i ignorując dziwne spojrzenia ludzi z okolicy przebiegłem dookoła bloku z dziesięć kółek. Miałem dobrą kondycję, więc nie zmęczyło mnie to tak jak chciałem, jednak ochota na dalszy bieg przeszła mi bezpowrotnie. Wróciłem zrezygnowany do mieszkania, nadal czując w klatce piersiowej strach pomieszany z paniką. Uczepił się mnie, powoli ale za to sukcesywnie wysysając ze mnie siły i zdrowy rozum. I tak minął dzień dziesiąty.

Poranek dnia następnego tylko ze względu na godzinę można było nazwać porankiem, bowiem patrząc z mojej perspektywy był on jedynie przedłużeniem nieprzespanej nocy. Kotłujące się wewnątrz uczucia za nic nie dawały mi spać, usilnie chcąc mi coś powiedzieć, przekazać... jaka szkoda, że nie potrafiły mówić, bowiem bawienie się w zgadywanki z samym sobą doprowadzało mnie już do szału. Jak to powstrzymać? Czy uda mi się tego dokonać za nim zwariuję? Spojrzałem pokonanym wzrokiem na paczkę papierosów leżącą na stole. Zawsze trzymałem je na zagłówku łóżka, jednak gdy poprzedniego dnia nie pomogły mi tak jak zawsze, rzuciłem je w przypływie emocji na stół. Teraz leżały tam, drwiąc ze mnie i z mojej głupoty. Zdawały się mówić „jeszcze na to nie wpadłeś?”, „aż tak trudno jest zrozumieć własnego siebie?”. Cholernie trudno. Fala kolejnych emocji zalała moje wnętrzności, wpłynęła do płuc, wypełniła gardło, jamę ustną, nos, oczodoły, a na końcu czaszkę topiąc mózg w przejrzystej mazi złości. Jednym ruchem ręki zrzuciłem paczkę ze stołu. Spadła szybko, robiąc przy tym głuche „bach”, w końcu była prawie pełna. Już miałem odwrócić wzrok, jednak przedstawienie jeszcze nie dobiegło końca. Za paczką, powolnie niczym liść w jesienny poranek, spadała posuwistym ruchem kartka. Szybowała gładko, robiąc zawijasy w powietrzu, to idąc do góry, to wracając ku dołowi w przypływie zachcianki. Mrugnąłem dla pewności, że mi się to nie śni, jednak po otwarciu powiek kartka nadal tam była. Właśnie kończyła swój lot, brawurowo osiadając na podłodze pod parapetem. Długo zastanawiałem się, czy ją podnieść. Minutę, lub dwie, choć bardziej stawiałbym na godzinę. Godzina zdawała mi się bardziej na miejscu niż minuta, a sekunda zakrawała absurdem, skoro przez mózg przepłynęło mi aż tyle myśli. Wstałem, podszedłem do parapetu, schyliłem się, wyciągnąłem dłoń, zawahałem się na chwilę... tak dla zasady... i podniosłem kartkę. Oczom ukazał się numer i proste słowa „zadzwoń, jak będziesz tęsknił”.

Pójście do telefonu było proste. Podniesienie słuchawki również, nawet wybicie na klawiaturze odpowiednich liczb okazało się błahostką, którą uczyniłem w mniej niż sekundę, jednak powiedzenie choć słowa...

– Halo? – jej głos rozbrzmiał w mojej czaszce, odbił się od kości i nie pytając się o zdanie wślizgnął się do mózgu. – Kto dzwoni?

– Jak mogłaś. – w końcu jakaś myśl uformowała się na języku i wyfrunęła z ust wraz z przypadkowym oddechem. Usłyszałem po drugiej stronie westchnięcie.

– Długo ci to zajęło.

– Jak mogłaś. – powtórzyłem.

– To nie moja wina, to samo się stało. – odparła.

– Uhm. – przytaknąłem.

– Papieros już nie pomaga? – spytała, choć sądząc po tonie głosu, wcale nie potrzebowała odpowiedzi.

– Uhm.

– I co teraz? – milczałem. – Powiedz coś, bo odłożę słuchawkę...

– A co mam ci powiedzieć? Uzależniłaś mnie... uzależniłaś mnie od siebie i teraz nie potrafię myśleć, funkcjonować... moje życie wypełniło się strachem oraz paniką pożerającymi moje ciało od środka.

– Sam na to pozwoliłeś, ja tylko oddałam ci się cała. – głos miała czuły, jednak mimo to, pobrzmiewała w nim surowość. Mówiła „sam naważyłeś sobie piwa, więc sam je wypij”.

– Wróć. – zażądałem.

– A to coś zmieni? – spytała.

– Tak. Nareszcie przestanę się bać. – odpowiedziałem, a po drugiej stronie rozbrzmiał głuchy sygnał zakończonego połączenia. Trwał w nieskończoność, drażnił moje uszy, wwiercał się w duszę i podjudzał strach.

Wszystko skończyło się dnia dwunastego. Ciepło jej rąk objęło mój strach, odganiając panikę i pozostawiając spokój. Nadal czasami budzę się zlany potem, jednak gdy tylko wyciągam dłoń znów się uspokajam, natrafiając na smukły kształt jej ciała.

Brak komentarza 1 Grudnia 2014 o godz. 01:44

Oneshot - Jeden papieros

Komentarze 3

daguska93
daguska93 5 Grudnia 2014 o godz. 01:06

DziękujeEmoticon :D Takie krótkie opowiadanko inne niż zwykle ;)

Olinek
Olinek 4 Grudnia 2014 o godz. 21:15

Fajne Emoticon :D

Fawnlice
Fawnlice 2 Grudnia 2014 o godz. 22:54

Super ! :3

Wyświetleń: 204