Proteus I roz

Proteus I roz

     

   Ludzie to najokrutniejsze istoty na ziemi… nie my czy zwierzęta, do których nas porównują. Bo widzisz, zwierzęta zabijają, by żyć,  ludzie żyją by zabijać, a my jesteśmy gdzieś w środku  tego szalonego koła…

 

 

                                                             CHIMERA

 

                                                                     1

 

 

 

- Kida, długo jeszcze? – Zapytał czerwono włosy nastolatek w niebieskiej bluzie. – Czemu musimy iść piechotą, a nie lecieć?

- Bo tak! Proste i logiczne…

       Była ładną młodą dziewczyną o długich jasnych włosach, praktycznie białych wystających  spod kaptura;  ubrana w zwykła czarną bluzę i krótkie sztruksowe spodenki.

Szli jedną z ulic Tokio, powoli, nie śpiesząc się, czas nie miał dla nich znaczenia. Nie należeli do osób punktualnych, wyznawali zasadę: „Jak kocha to poczeka”.

- Jezu, kobieto, ile można iść… serio, jestem zmęczony.

Dziewczyna spojrzała na kolegę łagodnym wzrokiem, uśmiechnęła się.  Wyglądała jak anioł-turkusowe oczy, w których można było dostrzec ocean lśniły w świetle księżyca          

- Roko – jej ton był spokojny i delikatny  - Nie polecimy! Nie pojedziemy! Idziemy,

piechotą!! Jeśli ci się to nie podoba, sprzedam ci bilet lotniczy w jedną stronę, ale gwarantuję, że przez tydzień nie usiądziesz… - Kida przystała, zgarnęła grzywkę do tyłu i głośno westchnęła. – Co ja z tobą mam?

         - Matkooo,  złość urodzie szkodzi. Już niech ci będzie pójdziemy tą piechotą.

Dochodziła dwudziesta pierwsza i ulice zaczęły pustoszeć. Mijali przecznice w zupełnej ciszy, rozmowa nie była im potrzebna, obojgu pasowało swoje towarzystwo, nie istniało coś takiego jak niezręczna cisza.

      Tokio było zaludnionym miastem i kiedyś bezpiecznym dopóki nie pojawili się Proteusi; mutanci, ostatki eksperymentów hitlerowskich, ludzi nie obchodziło czym dokładnie byli, po prostu samo ich istnienie rodziło strach, który rodził nienawiść… Przechodząc koło sklepu z artykułami RTV, w telewizji trąbili tylko o jednym: ATAKI TERRORYSTYCZNE! GRUPA NIEBEZBIECZNYCH PROTEUSÓW ZNOWU ATAKUJE! WYCHBUCH BUDYNKU BIUROWEGO! DZIESIĄTKI OFIAR! CZY NIKT JUŻ NIE JEST BEZPIECZNY?!

Dziewczyna  przystała i słuchała z uwagą, po chwili już oboje patrzyli w ekran,  ich miny stały się puste, jakby w ułamku sekundy uleciały z nich całe emocje. Nic dziwnego, komunikat dotyczył w pewnym sensie ich Proteusów. Władz nie obchodziło kto jest winny, nie szukali poszczególnych osób, obwiniali ogół za zbrodnie jednostek.

Czy nikt nie jest już bezpieczny? Na to pytanie Roko nie znał odpowiedzi, na własnej skórze doświadczył okrucieństwa ze strony ludzi;  najgorsze dla chłopaka było to, że stał i nie mógł nic zrobić, bo w końcu co mógł dwunastoletni w tamtym czasie chłopiec w starciu z dwójką dorosłych mężczyzn, w dodatku Senshi. Szczerze ich nienawidził, zresztą kto by lubił swoich katów inaczej nie umiał ich nazwać; Senshi ludzie,  którzy mają bronić społeczeństwo przed Proteusami, byli to albo starzy żołnierze, najemnicy lub po prostu osoby wyszkolone do walki. Dobrze płatna praca i nie kiedy sposobność do wyżycia się sprawiała, iż takich katów  było coraz więcej… Sami w sobie nie byli niebezpieczni, problemem był  „zaifon”, bezprecedensowy cud ludzkich rąk, technologia, z której powstawała broń pozwalająca na walkę z rei czyli mocą Proteusów.

Chłopak wiedział tylko jedno, nie jest już  tym dwunastoletnim gnojkiem i  teraz nie pozwoli, by ktoś skrzywdził jego przyjaciół …

-  Ej księciuniu, śpisz? – spytała Kida – Idziemy dalej, bo w końcu nigdy nie dojdziemy.

-  Och! Jasne – przytakną chłopak i ruszył za towarzyszką. – Co o tym myślisz?

-  To nie nasza sprawa – dziewczyna nie musiała pytać o co chodzi, doskonale widziała, co miał na myśli Roko – Jeśli jacyś idioci chcą narażać się psom z Nue, to muszą mieć powody. Do póki nie wchodzą nam w drogę, to jest Ok – stwierdziła, po czym ruszyli dalej.

Skręcili, za zakrętem na końcu ulicy stał duży kamienny budynek, wyróżniający się na tle innych swoim staro-angielskim stylem. Czerwona cegła, winorośl oplatające, lewą ścianę nie należały do typowo japońskiego budownictwa. To był ich cel-bar Chimera. Przed budynkiem nie było praktycznie nikogo stały tylko motory i kilka chopperów, nic dziwnego, większość ludzi stąd jeździła tylko takimi środkami transportu. Oboje weszli do baru, typowy angielski bar, blat, kanapy, stoły-nic podejrzanego, ani niezwykłego. Wszyscy oglądali mecz, dla Kidy była to chwila ciszy, wolała, żeby byli czymś zajęci niż wrzeszczeli lub robili coś równie głośnego. W ich kierunku szła wysoka, atrakcyjna Afroamerykanka, jej wygląd był specyficzny, zielone włosy z warkoczykami spięte w kucyk, szmaragdowe  oczy; była ubrana w skórzana kurtkę i jeansy, mimo jej niezwykłego wyglądu była piękna, otaczała ją aura rześkości.

- O babunia Ventura!- Zaśmiał się Roko.

-  Roko! – odpowiedziała ciepło – Nazwij mnie jeszcze raz „babunią”, a zrobię ci z dupy jesień średniowiecza – uśmiechnęła się i usiadła koło nich.

-  Powinnaś przywyknąć – wtrąciła się Kida – Obietnicami nic nie wskórasz, to jak z wychowywaniem szczeniaka, system kar i nagród, jak niegrzeczny, to każesz, bo wyrośnie na takiego rozwydrzonego  psa…

-  Obie jesteście wiedźmami- burknął chłopak. – Jeśli będziecie mieć takie podejście to nigdy żaden was nie zechce.

Kobieta pochyliła się nad nim i szepnęła do ucha  Jeszcze słowo a zaznasz piekła, chłopak pobladł i zamilkł od razu. Ventura była właścicielką  baru Chimera i grupy o tej samej nazwie podobnie jak Kida i Roko była Proteusem, czyli człowiekiem obdarzonym zdolnościami psychokinetycznymi; Ventura posiadała zdolności aerokinezy, geokinezy  prościej mówiąc potrafiła kontrolować powietrze i ziemie, w dodatku potrafiła leczyć nawet najgorsze rany; nie każdy Proteus posiadał trzy umiejętności, jedni mieli więcej, inni mniej. Chimera była grupą składających się z ludzi o takich zdolnościach, wszyscy traktowali siebie jak rodzinę i nie konkurowali, ten bar był ich domem, żaden Senshi nie chciał wdawać się z nimi w konflikty, ponieważ łączyło ich coś silniejszego, niż więzy krwi… Nagle w Sali zapanował hałas, mecz został przerwany, a nikt nie lubi gdy przerywa mu się mecz…   W telewizji nadawano komunikat, a przemawiał w nim sam szef japońskiej sekcji organizacji Nue, Jhon Votum:

 PRAGNĘ WYJAŚNIĆ NIEDOPOWIEDZENIA W SPARAWIE ATAKÓW TERRORYSTYCZNYCZYCH. SYTUACJA JEST POD KONTROLĄ, A NASI LUDZIE JUŻ TROPIĄ SPRAWCÓW. PROSZĘ PAMIĘTAĆ, ŻE WINNYCH ZAWSZE SPOTKA KARA.  NIE POZWOLIMY, BY NASZE DZIECI ŻYŁY W STRACHU!! KAŻDE AGRESYWNE ZACHOWANIE ZE STRONY PROTEUSÓW BĘDZIE PIĘTNOWANE, A AGRESORA SPOTKA KARA, LUDZIE NIE BĘDĄ SIĘ BAĆ…

- Dość! – krzyknęła Kida, wyłączając telewizor w połowie komunikatu. – Nie mam zamiaru słuchać takich głupot, zawsze to samo. To my jesteśmy ci źli. Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!

Wszyscy spojrzeli w jej kierunku, odczuć się dało wzrost temperatury w pomieszczeniu. Kwiaty zaczęły powoli więdnąć, a piwo w kuflach gotować się, powietrze robiło się suche.

- Kida… Uspokój się … - odparł Roko. – Popatrz co robisz, jeszcze chwila, a nas usmażysz. Daj spokój, zignoruj tego dziada. Wiesz jacy są Senshi. Nie jesteśmy potworami, ludzie boją się tego czego nie rozumieją. Jesteś członkiem Chimery, tu cię nikt nie ocenia, akceptujemy siebie takimi, jacy się urodziliśmy, bo jesteśmy rodziną  – chłopak zdjął prawy rękaw bluzy i pokazał wytatuowany znak na ramieniu, który był symbolem Chimery, oznaczający powietrze. – Ten znak to dowód tego, że ani nie jesteś sama, ani nie jesteś potworem. – Uśmiechną się

Wszyscy w pomieszczeniu pokazali swoje znaki, ponieważ byli z nich dumni, ten symbol jest oznaką ich siły i więzów. Po zajściu na dole Kida poszła na górę do siebie. Otworzyła drzwi od pokoju i od razu je zamknęła. Czuła ulgę, cztery kąty były jej azylem.

Jestem potworem? Jestem przeklętą bestią?

Tysiące myśli bombardowało jej głowę. Poszła do łazienki, rozebrała się i odkręciła wodę wchodzą w tym samym czasie pod prysznic, po jej ciele spływały gorące strugi ukojenia, a ona myślała o tym, co stało się na dole.

Tak łatwo mnie rozzłościć? Zwykły staruch a ja o mało co nie użyłam płomieni…Głupia pirokineza, zawsze pojawia się w najmniej odpowiednim momencie.

Pirokineza zdolność do kontroli nad ogniem, był to jej dar i przekleństwo, wiedziała tylko, że kiedyś ta umiejętność ją uratowała, jak miała cztery lata, tak mówiła jej Ventura i Sizar. Jak miała cztery lata tak… nie pamiętała nic sprzed tego okresu, stres pourazowy, amnezja, a może jej podświadomość chciała zatrzeć traumę. Jak daleko sięga pamięcią, pierwsze co zawsze widzi, to właśnie płomienie, błękitny ogień rozprzestrzeniający wszędzie i zgliszcza, była przerażona, wołała mamę i tatę, a nikt nie odpowiadał, w około niej było pełno ciał ludzi w dziwnych mundurach, strach, ból, jej ciało krwawiło… Zapach spalenizny unoszący się w około i znowu mrok. Później tylko słyszała głos, męski głos, był normalny, ale w głębi duszy czuła, że to głos przyjaciela. Ej mała?! Żyjesz! Wstawaj, otwórz oczy, dalej!

I pierwszym widokiem, któremu nie towarzyszył, ból była twarz Sizara. Jadowicie żółte oczy, patrzące na nią, wzrok kojący serce, człowiek, który chciał jej pomóc. Walenie w drzwi wyrwało Kidę ze wspominek, zmarszczyła czoło z irytacji, bo nawet pod prysznicem nie mogła zaznać chwili spokoju.

- Czego?

- Kida! To ja! Mam sprawę, uleczysz mi ramię, bo… bo… - głos zza drzwi wyrazie nie wiedział, jak wyjaśnić sytuację

- Rubin… Wejdź, ale poczekaj chwilę, ubiorę się- odparła dziewczyna

Do pokoju wszedł postawny młody blondyn z rozczochranymi włosami i małą kitką, rozejrzał się swoim czerwonymi zupełnie jak jego imię oczami. Usiadł na krawędzi łóżka i złapał się za ramię, które wygadało jak obraz Picassa, siedział chwilę w milczeniu, cierpliwie czekając. Nie zwracał uwagi na rany, jakby ból nie był mu obcy… Po chwili z łazienki wyszła Kida, jej mina pozostawiała wiele do życzenia, widok rannych towarzyszy to jedno, ale widok idioty, który z własnej winy ląduje w takim stanie, to drugie.

- Co ci się stało?

- Wypadki chodzą po ludziach… - ton głosu chłopaka był stanowczy – Po prostu ulecz mi to i tyle. Nie mam całej nocy, by siedzieć u ciebie.

- Hoooo?!! – dziewczyna przymarszczyła brwi, nie należała do grona kobiet do których można zwracać się tym tonem -  Za kogo ty się masz?! Twoja kultura jest na wakacjach… Nie chciej bym wpoiła ci savoir vivre od podstaw…

W pokoju zapadła cisza, chłopak przełknął ślinę, nie wiedział jak zareagować. Kida pomimo swojej urody była prawdziwym demonem.  Jej postura nijak miała się do siły, wiedział to każdy członek Chimery. Napięcie w pomieszczeniu stale rosło, Rubin doskonale pamiętał słowa Sizara „Urażona kobieta to groźna kobieta, jeśli masz do wyboru wojnę lub urażoną dziewczynę, wybierz wojnę, ze starcia z tym drugim masz chociaż szanse wyjść żywo…”

- Wybacz. Nie powonieniem od ciebie niczego żądać, po prostu przegrałem z Senshi i jestem poirytowany.

- To ani powód, ani wytłumaczenie – Kida wstała, jej pięść się zacisnęła i poleciał jeden wychowawczy cios w głowę – Walki z Senshi to głupota, oni tylko czekają, by się im podstawić.

- Nie ucz ojca dzieci robić, Arashi – chłopak wstał i złapał się za głowę – Kurde, doskonale wiesz ile masz siły, czuję się, jakby na głowę spadła mi pięciotonowa cegła.

-  Skończ biadolić i pokaż ramię, chcę się położyć.-  Dziewczyna ziewnęła zmęczona

-  Położę się z tobą. – Zaśmiał się chłopak

Kida spojrzała się na niego i przewróciła oczami. Jego ramię nie wyglądało zbyt dobrze, był to świetny przykład jak potężny jest zaifon. Dziewczyna wyciągnęła ręce w kierunku rany, jej dłonie były kilka centymetrów nad ramieniem, nagle jej ręce zaczęły płonąc, błękitnym ogniem niczym chaber; ten płomień nie parzył, nie niszczył, był przyjemny. Stopniowo rany chłopaka zaczęły znikać, leczenie innych to pikuś, gorzej z własnym ciałem, chociaż to zależy od rany, jeśli chodzi o medycynę to mistrzynią w tym była Ventura. Nie minęła, chwila a ramię chłopaka było zdrowe, mógł nim swobodnie ruszać i używać rei, Rubin podobnie jak Kida posiadał zdolności pirokinetyczne.

- Wielkie dzięki! Dobra, ja, lecę i nie przeszkadzam, ale jeśli wolisz bym został powiedz tylko słowo.

- Nie, dziękuję, nie skorzystam, zmiataj z mojego pokoju. – Uśmiechnęła się i wskazała palcem drzwi.

Chłopak machnął ręką na pożegnanie i pognał dalej. Kida zgasiła światło i położyła się, myślała dalej nad grupą terrorystów, coś nie pozwalało jej o nich zapomnieć, miała złe przeczucia, a one rzadko ją myliły. Zamknęła oczy i powoli pogrążyła się we śnie, podobnie jak większość domowników…

      Jednak nie wszyscy spali, do takich osób należała Ventura, podobnie jak Kida miała złe przeczucia, ale w odróżnieniu od niej, znała osoby za to odpowiedzialne, inaczej znała ich przywódcę. Doskonale widziała, że ten Proteus to same problemy, jeśli ktoś nie nienawidził ludzkości, to był to z pewnością Shi. Hitler, Stalin i reszta to przy nim płotki. Jej rozmyślanie przerwał odgłos otwierających się drzwi, do baru wszedł mężczyzna ubrany w skórzany płaszcz, był  jak klif, miał białe włosy do ramion związane w kucyk, lekki zarost, jego jadowicie żółte oczy przeszyły jej osobę. Mężczyzna usiadł i odpalił papierosa

- I co o tym sądzisz? – spytał  i wypuścił dym z ust.

- On znowu wrócił i tyle Sizar. Ostatnim razem dał znać, że wciąż żyje, wywołując tsunami w Tajlandii- odpowiedziała Ventura – Shi już taki jest, ale teraz zamarzyła mu się apokalipsa… durny bachor, myśli, że zbawi ten świat w taki sposób, żałosne…

- Widzisz, ja właśnie w tej sprawie. Shi nie jest już najmłodszy, mimo jego nastoletniego wyglądu, jego moc nie ma już takiego rozmachu jak kiedyś, ale wciąż jest potężna.

-  Do czego bijesz? –kobieta spojrzała na niego tym razem to ona przeszyła go wzrokiem. Doskonale wiedziała o co mu chodzi, po prostu nie dopuszczała tej myśli do siebie.

-  On zbiera zwolenników i uwierz mi jest ich coraz więcej. To już nie jest kilku osobowa grupka.– Ponownie wypuścił dym z ust. – Ale oboje wiemy, czego chce. Jedynym Proteusem, który może mu dorównać jest Kida.

-  Nie bądź śmieszny, to dziecko. Nie porównuj jej do tego potwora, to bestia inaczej go nazwać nie umiem.

- Masz rację Kida nie jest jak Shi, ale jej moc ma jego poziom. Nie pamiętasz akcji z przed dwunastu lat. W wieku czterech lat wycięła w pień najlepszy oddział Senshi – Sizar na chwilę przestał palić, przypomniał sobie ten dzień, pomimo upływu  lat pamiętał każdy szczegół. Gruzy dużej posiadłości, należącej do zamożnej rodziny, tryskające zewsząd płomienie.

     Szukał kogoś, kogokolwiek, a tu ani żywej duszy, gdy obszedł zawaloną ścianę, jego oczom ukazała się horror, rodem z „Teksańskiej masakry”, wszędzie walały się ciała, a dokładniej kawałki ciał. Nagle zdał  sobie sprawę, że po środku tej rzezi stoi dziecko, całe we krwi. Starał się zostać niezauważony, ale to na nic się zdało, dziewczynka skąpana w czerwieni obróciła głowę w jego stronę, jej szkarłatne oczy  patrzyły na niego wzrokiem potwora, twarz zalana łzami i uśmiech demona, oboje patrzyli na siebie do chwili, gdy dziecko osunęło się na ziemie. To wspomnienie wyryło się w jego psychice prawie tak jak wojna. – Faktem jest, że traci kontrole, tylko gdy przytłacza ją gniew lub nienawiść nad którym nie może zapanować lub w sytuacjach zagrożenia; ale ona nie jest już dzieckiem, jak dla mnie jest już na tyle dorosła, że potrafi nad sobą panować.

-  Dorosła?! – krzyknęła Ventura – nie ma cię latami i nagle sobie wracasz i ni z dupy ni z pietruchy wyskakujesz mi z takimi tekstami. Kida to nastolatka, a ten wiek jest najgorszy, buzujące hormony, buntowniczy zapęd. Ugh…

- Ohohoho ho!! Wielka specjalistka w dziedzinie wychowania młodzieży, gdy byłaś w jej wieku dawno pracowałaś jako najemnik. Temat jak dla mnie jest skończony – Sizar zgasił papierosa i wstał. – Nie będziesz mogła jej zawsze chronić. – Był świadom tego co nadchodzi i wiedział, że do tego nie dopuści… Rozpoczynał się początek końca.

 

           

 

 

 

 

                   

                                                                        2

 

 

 

    Roko budził się po troszeczku, teoretycznie świadom porannego, raczej popołudniowego cyrku odbywającego się za drzwiami. Głosy z początku były częścią snu, w którym był w swoim rodzinnym mieście; znów miał z sześć lat a delikatny letni wiaterek rozwiewał jego włosy, szedł ulicą mijając dziwnie ubranych ludzi. Ten sen był niesamowicie rzeczywisty. Biegające dzieci w kostiumach potworów i dorośli równie dziwacznie przystrojeni, parada idąca ulicą, przystrojone groby i ustawione ołtarze. Roko dokładnie wiedział co to jest Día de los Fieles Difuntos-  Święto zmarłych, bardzo je lubił, było hucznie obchodzone w jego miasteczku. Wszystko było tak realne,  światła, zapach a nawet odgłosy muzyki… dźwięki, głosy, donośne prawie… 

krzyk. Kto się drze z samego rana…?!

Chłopak otworzył powoli oczy i spojrzał na drzwi świdrując je wzrokiem. Nikt nie lubi jak się go budzi, to uczucie przerwanego snu, a szczególnie po imprezie. Usiadł powoli na łóżku odgarniając włosy do tyłu. Krzyki nie ustawały, a on czuł narastającą stopniowo irytacje, trochę jak nauczyciel na lekcji nie mogący dojść do słowa. Roko wstał, podniósł dresy z fotela i je ubrał. Ruszył w kierunku drzwi, przed ich otwarciem zrobił głęboki wdech żeby się uspokoić, po czym wyszedł; ku jego zdziwieniu było pusto, ani żywej duszy. Zdziwiony jeszcze raz ziewnął, po czym obrócił się w lewo i zaczął iść wzdłuż korytarza. Na ścianach wisiały zdjęcia i obrazy namalowane przez Venturę i kilku innych członków. W Chimerze było wielu dziwnych i awangardowych ludzi, coś co tu było normalne gdzie indziej mogłoby być nie do pomyślenia. Roko myślami wciąż próbował wrócić do tamtego przerwanego snu, jednocześnie starając się skupić na tym co dzieje się tu i teraz. Zatrzymał się przed jednymi z drzwi, zapukał i wszedł, do pokoju nie czekając na zaproszenie. Ściany  miały zimny, niebieski kolor, meble w typowym francuskim stylu rzucały się w oczy, jednak najbardziej uwagę przykuwała pracująca przy komputerze blondynka.

 - Izabella? Jesteś mocno zajęta?

 Dziewczyna wyjęła słuchawki z uszu i odwróciła się w kierunku gościa, jej zimne, błękitne oczy mieniły się w świetle lampki. Westchnęła, jeszcze raz popatrzyła na komputer wokół którego leżało mnóstwo zeszytów. To nic nadzwyczajnego Izabella studiowała, przykładała się do tego by mieć stypendium, tu nie miała rodziców którzy by opłacali jej naukę sama musiała na siebie pracować. Praca, uczelnia i Chimera to nie lada wyzwanie

- Troszkę, a coś się stało? – spytała zmęczony głosem, miała podkrążone oczy, widać było, że miała całonocną randkę z nauką, każdy lubi takie rendez-vous…

- A nic francuzeczko. – Roko zaczął się szczerzyc jak rekin, jeśli minę rekina można nazwać uśmiechem, ale mniej więcej tak to wyglądało. Na twarz Izabelli wkradł się grymas, nie lubiła gdy ktoś ją tak nazywał, mało osób to robiło zwykle tylko Kida i Roko.

-  A nic takiego, chciałem się spytać czy nie masz na uczelni problemów przez to kim jesteś?

- Co? Nie. Nie paraduję krzycząc „JESTEM PROTEUSEM!”, nikt stamtąd o tym nie wie. Ja panuje nad mocą, funkcjonuje normalnie jak większość z nas…

- Rozumiem – chłopak przewrócił oczami, dziwnie mu się rozmawiało z Izabellą. Jej postawa go krępowała była taktowna, wyniosła i elegancka, w odróżnieniu od Kidy, którą no cóż mówiła co jej ślina na język przyniesie.

- Coś jeszcze? Bo chciałabym wrócić do nauki.

- O nie, nie. – Roko uśmiechną się i wyszedł nie dochodząc do etapu spytania Izabelli o to czy u Kidy wszystko w porządku po wczorajszym, w jego mniemaniu dziewczyny łatwiej mówiły sobie o takich rzeczach jak ckliwe wynurzenia. Lecz trudno rozmawiać z kimś takim jak francuzeczka.

    W tym samym czasie Kida była już ubrana i gotowa do wyjścia. Zbiegła jak burza po schodach, na dół do baru. Budynek był dość spory, miał kilka części- kuchnie, siłownie, bar do którego mieli wstęp obcy i kilkanaście pokoi. Mimo wolnego wstępu mało kto tu przychodził, ze względu na okolice. W barze prawie nikogo nie było z wyjątkiem chłopaka śpiącego na kanapie. Zefir typowy lekkoduch i starszy brat Rubina, nie był ani trochę do niego podobny do niego mimo, iż byli rodziną – Zefir miał włosy w odcieniu bardzo jasnego blondu z nutą kremowego koloru. Oprócz wyglądu to najbardziej ich charaktery były odmienne. Rubin był dość impulsywny, a Zefir spokojny zawsze z głowa w chmurach. Dziewczyna nie zatrzymując się chwyciła kluczyki od jednego z motorów i pognała dalej.

- Pamiętaj o kasku! – Odparł jeszcze chwile temu śpiący chłopak, otwierając jedno oko.

- Dobrze mamo! – Krzyknęła uśmiechnięta Kida. Niczego nie było po niej widać- że wczoraj mało co nie „upiekła” swoich przyjaciół. Starała się nie żyć przeszłością i wciąż to powtarzała dla Roko, który nie raz już rozdrapywał stare rany. Nałożyła kask i sekundę później odpalała już czarną Yamahę, hałasując przy tym znacznie, świst opon było chyba słychać w całej dzielnicy.

  Kida lubiła takie przejażdżki. Odgłos silnika, prędkość i  świadomość, że jeden błąd i zostanie dawcą, choć może to nie było takie proste, śmierć nie dla każdego jest prosta. Zwykłym ludziom starczy trucizna, sznur jakiś gnat i już wąchają kwiatki od spodu. Proteusy mają trochę pod górkę, nie są jak wampiry, krwawią, czują, lecz problemem u niektórych jest regeneracja, ich ciało wraca do pierwotnego stanu, mają też mocniejszą głowę do picia co jest plusem, bo wątroba też się regeneruje. Kida nie posiadała regeneracji, znaczy nie zawsze bo niekiedy gdy była w furii jej rany płonęły i znikały, tak jakby jej moc nie pozwalała jej zginąć. Nie często myślała  o śmierci, nie była jakąś nastolatką z depresją pragnącą „tego”- jak coś ci nie wychodzi, świat się wali mówi się trudno, siła wyższa, boski plan… Nie! Po prostu miej wszystko gdzieś ciesz się chwilą, olej smutki. Sunąc motorem przez Tokio, Kida ścigała się z samochodami, nie wiedziała czy kierowcy ścigają się z nią, ale ona ścigała się z nimi. Zatrzymała się przed szpitalem, zsiadła z motoru i wyjęła szarą papierową torbę po czym weszła do środka. Dokładnie wiedziała gdzie i po co idzie. Z powodu zepsutej windy, nastolatka zaprzyjaźniała się ze schodami, tak do piątego piętra. Duże szklane drzwi z napisem „Oddział Neurologiczny”, panowała tu cmentarna cisza, choć to nie adekwatne słowo do sytuacji, gdzie niektórzy pacjenci mogli zaraz na taki cmentarz trafić. Sala numer dziewiętnaście, dębowe drzwi i stara zepsuta klamka to cel podróży Kidy. Dziewczyna weszła do środka, ku jej dziwieniu nikogo nie było. Przerażona wyleciała jak  torpeda do pielęgniarki dyżurującej.

- Przepraszam!

- Tak drogie dziecko? – spytała siwo włosa staruszka, z uśmiechem na twarzy

- Gdzie jest pacjentka spod dziewiętnastki?! – była cała blada, myślała o najgorszym.

Pielęgniarka wybuchła śmiechem, zawstydzając dziewczynę…

- Ojej pani koleżanka miała racje, że spanikujesz. – Kobieta nie przestawała się śmiać – Masz minę jakby ktoś miał ją porwać, nie martw się jest w ogrodzie.

- Aha. Dziękuję pani i przepraszam -  Kida pobiegła dalej znowu zaprzyjaźniając się ze schodami. Była lekko naburmuszona nie sądziła, że w takim stanie Hanie może dopisywać humor. Szpital miał duży zadbany ogród, z mnóstwem kwiatów, altaną i dużym drzewem kwiatu wiśni. Biało włosa dziewczyna podeszła do kobiety siedzącej na wózku inwalidzkim pod drzewem, miała ona zamknięte oczy i spokojną minę, jak gdyby słuchała ulubionej muzyki fortepianu; płatki wiśni spadały z drzewa i latały wokół niej niesione wiatrem. Kobieta otworzyła oczy przepełnione ametystem i uśmiechnęła się. Kida usiadła koło niej i nic nie mówiła, starała nie zakłócać jej spokoju, po Hanie nigdy nie było widać, żeby było z nią gorzej, od czasu kiedy trafiła do szpitala jej stan może i się zmieniał, ale postawa i charakter nigdy.

- Jak tam w domu?- Hana przerwała pasmo ciszy, które trwało chyba z półgodziny

- Po staremu. Jak zawsze głośno, ludzie dużo się drą, rozrabiają też dużo, trochę jak w zoo – narzekała Kida. – Francuzeczka studiuje, Roko jak zwykle jest leniem, a Ventura myśli czy nie posłać Sky do szkoły… Co jak dla mnie jest głupotą.

- Sky powinna chodzić do szkoły, sama do niej chodzisz. – Kobieta zaśmiała się. –W domu zawsze jest taka niesamowita energia, wszyscy są pełni życia… Kido, a co z Sizarem? Wrócił?

- Staruszek, szczerze nie wiem, nie widziałam go od dawna, a co do szkoły to zło ja chodzę ale jestem w liceum, i jeśli ktoś chce zaznać piekła za życia to poleciłabym mu wpaść do pierwszej lepszej szkoły.

 Hana śmiała się do łez słuchając opowieści Kidy. Tęskniła za domem. W głębi duszy czuła, że jej towarzyszka ma  za złe stan w którym się znalazła z własnej woli, jeśli można to tak nazwać. Jeszcze kilka lat temu śliczna pełna życia szatynka, teraz była na jego skraju, ponieważ na świecie nie ma mocy która potrafiłaby przywrócić życie, a przy najmniej nie za darmo i o tym się właśnie przekonała…

 

 

 

 

 

 

 

                                                                               3

  

 

 

        Trzy lata temu Hana była świadkiem strasznego wypadku, na jej oczach ciężarówka wjechała w inne auto i rozpoczęła się reakcja łańcuchowa. Jedno auto taranowało drugie, nie widać było końca, w pewnym momencie, w tym całym zamieszaniu dostrzegła autobus szkolny. Jedne dzieci były martwe albo już umierały. Ludzie wychodzący z samochodów, dziecko płaczące w foteliku wołające matkę która nie żyła. Płonące, zniszczone auta i śmierć tańcząca pomiędzy tym wszystkim. Jedna ciężarówka, jeden kierowca, któremu się śpieszyło, a setki ofiar. Czy tak działa ten świat, niewinni płacą za błędy grzeszników? Hana podeszła do szkolnego autobusu przewróconego na lewy bok, w środku klęczała dziewczyna miała może osiem lat, cała w ranach, ze łzami w oczach wołając do martwiej przyjaciółki by się obudziła, a jej zimne ciało przybierało marmurowy odcień. Kobieta jeszcze raz rozejrzała się patrząc na piekło wokół niej, uśmiechnęła się, i zaczęła śpiewać. Po jej policzku spłynęła krwawa łza, piosenka niosła się echem w śród wraków, melodia tak piękna że wzruszyłaby samego Boga. Z nieba zaczęły spadać pióra mieniące się światłem, były niczym śnieg, delikatnie spadały na ziemię. Martwa matka dziecka nagle otworzyła oczy i zerwała się do tyłu by zobaczyć czy jej pociecha jest cała, rany wszystkich powoli znikały, a zimne ciała na nowo stawały się ciepłe. Ze szkolnego autobusu po kolei wychodziły dzieci, z przerażonymi minami. Nikt nie wiedział co się stało. Ludzie płakali ze szczęścia. W tłumie ofiar, które doznały cudu była mała dziewczynka zobaczyła panią, panią która tak ślicznie śpiewała, że anioły ją nagrodziły własnymi piórami. Ofiary wypadku patrzyły na śliczną kobietę emanującą tajemniczym światłem, każdy już wiedział, że to Proteus, ale nikt nie był przerażony, to dzięki temu „potworowi”, nie dzięki „aniołowi” dziś wrócą do domu. Jej głos powoli cichł, aż znikł zupełnie, a ona sama osunęła się na ziemię, mała dziewczyna ruszyła w kierunku tajemniczego anioła. Dobrych ludzi spotykają złe rzeczy, jak często te słowa stają się prawdą, dlatego właśnie świat jest pełen kłamców, zabójców, hipokrytów po prostu tych złych, bo oni mają zawsze szczęście 

    Hana obudziła się w szpitalu, rozglądała się po sali by rozeznać się w otoczeniu, zielone ściany, chłodny szpitalny klimat, bukiet wrzosów- jej ulubionych kwiatów stojących na stoliczku po lewej. Hana była lekko oszołomiona nie spodziewała się takiego obrotu spraw jej rei potrafił leczyć, ale nigdy nie robiła tego na taką skale, no i nigdy nie zwracała komuś życia. Pragnienie dało o sobie szybko znać, istna Sahara w ustach, jak po sobotniej imprezie. Hana usiadła w łóżku chcąc wstać… czuła nogi ale nie mogła ich podnieść. Była przerażona. Nic nie rozumiała. Czemu nie może wstać. Dlaczego, pomocy? Do pokoju wyszedł lekarz, wyskoki młody blondyn o piwnych oczach, po jego minie można było wnioskować, że nie spodziewał się widoku obudzonej pacjentki.

- Dzień Dobry. Nazywam się dok. Le…

- Dlaczego nie mogę stać!? – Hana przerwała lekarzowi. Była przerażona. – Dlaczego, dlaczego? Co mi się do cholery stało?! – nie mogła przestać histeryzować, bała się, a po jej policzku spłynęła łza. Lekarz nawet nie próbował jej uspokoić, nie był jednym z tych starych kapci fałszywie mówiących, że będzie okey, nie wiedział co jej powiedzieć. Dobrze? Nic nie będzie dobrze, młoda dwudziestojednoletnia kobieta przed nim, już nigdy nie będzie chodzić, a jej stan miał się pogorszyć. Mężczyzna milczał, gdyby tylko widział, że ta dziewczyna przed nim jest Proteusem i potrafi czytać również w myślach. Z każdą myślą lekarza, Hana się uspokajała, dochodziło do niej to wszystko, obudziła się ze śpiączki z której było tylko piętnaście procent szans na wybudzenie, ale czy to dobrze, czy był sens wybudzania się, jedyne pytanie którego sobie nie zadała to czy było warto. To oczywiste, jej nogi za życie setek ludzi, dzieci, które wróciły bezpiecznie do domu w ramiona rodziców, matka, która mogła, ze spokojem patrzeć jak jej dziecko dorasta; było warto to jasne. Lekarz zaczął swoją szpitalną paplaninę, jego słowa przelatywały przez jej głowę, a ona tylko przytakiwała

- Do widzenia pani i życzę… - mężczyzna znów umilkł po czym spuścił wzrok.

Hana nawet nie odpowiedziała, patrzyła na deszcz zalewający miasto, anioły płaczą… Tak, złe rzeczy spotykają tylko  dobrych ludzi. W sali panowała cisza, jedynym dźwiękiem był odgłos deszczu uderzającego w parapet, cisze przerwało pukanie w drzwi, do środka weszła Ventura. Nie wyglądała na zdziwioną, że Hana nie śpi. Usiadła w milczeniu na krześle przy łóżku, zrobiła wdech i złączyła ręce

- Dlaczego? Dlaczego do jasnej cholery to zrobiłaś?!

- To jasne… Żeby im pomóc – szatynka nawet się nie wzruszyła krzykiem. Była spokojna, powoli godziła się z losem.

- Pomóc?! Czy ty zdajesz sobie sprawę z konsekwencji… Nie możliwość poruszania się to najmniejszy problem.. – Ventura zacisnęła zęby, to co chciała powiedzieć wyraźnie stało jej w gardle.

- Jeden człowiek, nie uleczyłam tylko jednego… Kierowcy ciężarówki, było od niego czuć alkohol na kilometr, nie było potrzeby go leczyć bo on przeżył! Osoba, która zabiła tylu ludzi przeżyła, a niewinne dzieci nie. Nie mogłam pozwolić im umrzeć… Venturo cokolwiek mi będzie, było warto. Choćby po to by dzieci wróciły do domu, by ta matka mogła widzieć jak jej dziecko dorasta. Bo nasza moc nie służy tylko by niszczyć i zabijać.

- Hana, jestem tego świadoma. Lecz na świecie nie ma nic za darmo… Coś za coś, nawet nasza moc nie może złamać tego prawa… - jej głos cichną z każdym kolejnym słowem. Była zbyt potężnym Proteusem, by można czytać jej w myślach, ale co z tego i tak musiała jej to powiedzieć. Po raz kolejny zrobiła wdech, jej usta otworzyły się a z nich padło zdanie – Ty umrzesz…

Jej fioletowe oczy spojrzały na nią, były puste, zero uczuć. Nic dziwnego jak ma zachować się  dwudziestolatka, która usłyszała, że umrze. W sali panowała przez dłuższy czas cisza, Hana znowu spojrzała przez okno na miasto, mieniące się tysiącem świateł.

- Jej Tokio nocą wygląda jak niebo pełne gwiazd… - Dziewczyna uśmiechnęła się. – Venturo ja i tak nie żałuję.. Nie twierdze, że nie jest mi smutno, ale nie żałuję, łzy szczęścia tych ludzi, życie kilku set ludzi nie jest więcej warte niż życie jednego Proteusa, wszyscy jesteśmy tacy sami, ale może te kilkaset osób będzie początkiem…

- Początkiem? Czego? – Ventura spojrzała zaciekawiona na nią.

- Początkiem pokoju, jedna kropla porusza morze, a czymże jest morze jak nie zbiorowiskiem kropel. Venturo ludzie w końcu zaakceptują nasze istnienie, to nic, że raz nas odrzucili, kto inny jak nie my, ma im pokazać prawdę o nas samych. Nie jesteśmy potworami, bogami tym bardziej, jesteśmy ich obrońcami. Musimy chronić  po to mamy tą moc by chronić… 

 

 

 

 

 

 

 

                                                                        4

 

 

 

    Płatki wiśni tańczące z wiatrem, wydawałoby się jakby czas zwalniał gdy opadały na ziemie. Promienie słońca delikatnie oświetlały twarz Hany, Kida uważnie się jej przyglądała, choć jej zachowanie po mimo choroby się nie zmieniło to było widać po wyglądzie, że jest słabsza.

- Gustujesz w dziewczynach?

- C-c-co?! – krzyknęła wystraszona nastolatka – oczywiście, że nie! Co ty z takimi tekstami wyjeżdżasz!!

Hana wybuchła śmiechem, po raz kolejny, atmosfera się rozluźniła

- Wybacz. Ale tak się na mnie patrzysz, że poczułam się podrywana… - w jej głosie było słuchać dowcipny ton. – Tu w szpitalu nie ma za wielu przystojniaków, no może kilku lekarzy i studencików medycyny. O tak schrupałoby się takiego przyszłego doktorka…

- Hana! Matko Boska! – Kida zrobiła się cała czerwona – O czym ty myślisz!!

- O czym ty myślisz?! Masz szesnaście lat, a nie masz chłopaka… Uuuuu.

Obie rozmawiały jeszcze przez godzinę wspólnie się śmiejąc. Wracając Kida miała mieszane uczucia, z jednej strony cieszyła się, że Hana ma tyle energii, a z drugiej była świadoma czasu jaki jej pozostał. Coś za coś, to okrutna zasada, chcąc komuś zwrócić życie musisz poświęcić inne, ale to był wybór Hany i Kida szanowała go. Gdy wróciła do domu na parkingu nie było prawie żadnego motoru, to było dziwne. Kida weszła do środka, a tam jak nigdy kościelna cisza, nikogo nie ma.

- Wróciłaś gałganie…-  donośny męski głos rozbrzmiał w sali. Po schodach schodził znajomy mężczyzna. Kida szeroko się uśmiechnęła, widząc starego przyjaciela

- Staruszek Sizar!

- Boże daj mi siłę bym nie zrobił jej na wejściu krzywdy… - powiedział mężczyzna, po czym  usiadł przy barze. Wiedział, że czeka go trudna rozmowa z upartym dzieckiem.– Młoda słyszałaś o tych atakach terrorystycznych?

- No raczej. Non stop o tym trąbią. – Kida dosiadła się do mężczyzny, atmosfera w pomieszczeniu stawała się ciężka, narastało napięcie. W głębi duszy wiedziała, że Sizar jest tu z konkretnego powodu. Rzadko kiedy przyjeżdżał tak o, by tylko się pokazać. Raniło ją to, ponieważ był jedną z niewielu osób, którym bezgranicznie ufała i kochała. Gdyby nie on pewnie by umarła te feralne dwanaście lat temu.

-  To grupa Proteusów, jak pewnie się już domyśliłaś… Nie jest to jakaś tam gromada z łapanki. Każdy z nich jest niezwykle uzdolniony i silny. – Sizar wyją z lewej kieszeni paczkę czarny papierosów Beso, bardzo je lubił choć innych drażnił ich specyficzny smak. Włożył papierosa do ust i spojrzał na Kide – Masz ognia?

 Dziewczyna spojrzała na niego jak na idiotę, uniosła rękę i pstryknęła palcami przed papierosem. Pojawiły się niebieskie iskierki i fajka już się paliła.

- I co w związku z tym? Grupa to grupa, tak samo jak my… - jej postawa nie wyrażała jakiegoś wielkiego zdumienia, to było dość normalne Proteusy często łączyły się w gangi, podobnie jak ludzie. Na całym świcie tak było, Japonia nie jest wyjątkowym miejscem pod tym względem.

- Nie, nie są tacy jak my… - głos Sizara stał się ostrzejszy, wypuścił dym z ust. – Dla nich ludzie to śmieci, nic nie warte karaluchy, chcą stworzyć raj, swój własny eden dla takich jak wy… i pokazać każdemu kto im się sprzeciwi gdzie jego miejsce.

- Takich jak „my”?! A co z tobą, też jesteś Proteusem! A za takiego się nie uważasz, to źle być kimś takim?

- Kida nie podnoś głosu, bo nie ma takiej potrzeby. Nie jestem taki jak wy, ty się taka urodziłaś inni też, ja zostałem tak zaprojektowany. – Mężczyzna spuścił wzrok, to co mówił sprawiało mu ból. – Jestem byłym Senshi i czuj się zaszczycona ponieważ ty pierwsza poza Venturą i starszymi członkami o tym wiesz. Wracając do tematu, jestem jednym z byłych najemników biorących udział w programie „Babel” słyszałaś kiedyś mit o „Wieży Babel”?

- Tak. – odpowiedziała stanowczo. – Był o ludziach chcących dosięgnąć samego Boga, który potem ich ukarał i tak dalej.

- No dokładnie. Ten projekt miał dosięgnąć was Proteusów, został nam wstrzyknięty preparat zmieniając nasze DNA, na początku efekty były zadowalające. Ale… ze stu trzydziestu osób przeżyło zaledwie czternaście. Padali jak muchy jeden po drugim, nie da się dosięgnąć Boga..

- Ale ty… Ty przeżyłeś. Jak się nad tym zastanowię nigdy nie widziałam jak używasz rei.

- Moja moc nie nazywa się rei, nazywa się xerto. Xerto pozwala nam poruszać się nie zwykle szybo, nasze ciała są wytrzymalsze, posiadamy nadludzką siłę, trochę jak super żołnierze z komiksów. – Sizar wybuchł śmiechem w niczym nie przypominał bohaterów Marvela przynajmniej tak myślał. – Nawet w śród naszej czternastki ocalałych są wyjątkowe egzemplarze.

Kida uważnie słuchała. Jeszcze chwile temu osoba przed nią w jej mniemaniu była ideałem, a teraz to Senshi, co prawda były ale…

- Wyjątkowe egzemplarze? Co to znaczy?

- Nasze xerto niweluje całkowicie rei…

Dziewczyna spojrzała się z przerażeniem na niego. Niweluje? Ktoś na świecie potrafi sprawić, że Proteus staje się bezbronny. To straszne, koszmar. Ludzie stworzyli coś takiego, jakby zaifon nie starczał, naprawdę nas nienawidzą. Głowę Kidy bombardowały setki myśli.

- Niweluje… - jej mina była poważna, zdawała sobie sprawę z zagrożenia

- Młoda nie załamuj się! Tylko cztery osoby to potrafią i na wasze szczęście tak samo jak ja nie pracują już dla Nue, za mało im płacili.- Znowu parskną śmiechem mimo poważnego tematu. -  Ale nie przyszedłem tu gadać o mojej przyszłości bo…

- To dobrze, twoja przeszłość pewnie jest tak długa jak dzieje tej pięknej planety. – wtrąciła się nie pozwalając mu kończyć.

- Zabawne, ciekawe czy dopisze ci humorek jak strzelę cię w tą łepetynkę.- jeden morderczy uśmiech i dziewczyna umilkła naburmuszona. – Wróćmy do grupy terrorystów, nazywają siebie Algos, nie zależy im na pieniądzach czy innych pierdołach. Szczerze do końca sam nie wiem o co im chodzi, największym zagrożeniem jest ich przywódca Shi Kazoku…

- Shi Kazoku? Ile ma ten wielki przywódca lat jak wygląda?

- Wygląda na około dwadzieścia lat… A ma grubo ponad dwa i pół tysiąca…

- I-i-ile!! To nie możliwe! Może i jest Proteusem, ale dwa tysie na karku to już gruba przesada! – Dziewczyna nie mogła wyjść ze zdziwienia, jednego dnia dowiedziała się tylu rzeczy o których nie miała pojęcia. Przeszłość Sizara co prawda nie cała, staruszek jak nic ukrywał coś jeszcze, a teraz jakiś gówniarz, nie- żywa skamielina bawi się w terrorystę. Niektóre Proteusy mogły zmieniać swój wiek lub wolniej się starzały, ale ponad dwa tysiące lat to już przesada. Ktoś kto tyle żył widział praktycznie rozwój cywilizacji ludzkiej od podstaw. – Dobra, a czego on ogólnie może chcieć? Do czego dąży tymi atakami i jak potężny jest?

- Jego moc jest ogromna, mam do ciebie  pytanie kojarzysz może z Biblii mit o zniszczeniu Sodomy i Gomory?

- Tak. Ponoć Bóg zniszczył te miasta tylko tyle pamiętam…

- Tyle wystarczy. – mężczyzna uśmiechną się. – Widzisz człowiek o którym mowa, Shi to właśnie on je zniszczył. Gdy się o tym dowiedziałem sam nie chciałem wierzyć, że istnieje ktoś tak stary. Mniejsza o to, Kazoku chce apokalipsy, ale do tego będzie potrzebował kilku rzeczy.

- Apokalipsy? Skoro ma taką wielką moc to czemu nie rozwali świata od razu?

- To nie takie proste i poza tym on chyba nie chce niszczyć świat… Jeszcze jedno, gdy powiedziałem nazwę ich grupy minimalnie twoje zachowanie się zmieniło czemu?  

- Zac odszedł z Chimery i dołączył właśnie do grupy o takiej nazwie. – Zamilkła na chwile, jej przyjaciel przyłączył się do jakiegoś skamieniałego świra. To nie była najlepsza informacja dnia. Z drugiej strony nie było nad czym się rozżalać, Zac odszedł z własnej woli to jego wybór.

    Kida i Sizar toczyli rozmowę na temat Algosa jeszcze przez chwile. Bar był zupełnie pusty, teraz można było dostrzec jego angielskie piękno, było tu wiele starych rzeczy, takich jak szafa grająca, płyty winylowe na ścianach koło czarno- białych zdjęć. Dźwięki motocykli przerwały tą swojską cisze. Do środka wpadło stado ludzi, wszyscy się śmiali i rozmawiali. Te krzyki zawsze trochę drażniły Kide, ale dało się to znieść, to była jej rodzina, jedyna jaką miała. Ludzie wchodząc do baru chcieli się bawić, normalna rzecz, trochę alkoholu i dobry mecz tyle wystarczyło do szczęścia, ewentualnie partyjka w bilarda. Tak wyglądało normalny wieczór w Chimerze. Choć dla społeczeństwa to był jeden z wielu gangów, mieli ich za siedlisko przestępców, narkomanów, prostytucji. Kogo by obchodziła opinia ludzi. To nie była prawda.

   Na tle bawiących się osób wyróżniała się mała dziewczyna. Miała nieco ponad dziesięć lat, jej miętowe włosy delikatnie falowały po ramionach w dół aż do pasa, a czekoladowe oczy śledziły bacznie otoczenie. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że się zgubiła… ale Sky była najmłodszą członkinią Chimery, rzadko kiedy się odzywała, wolała siedzieć cicho w kącie i po prostu obserwować. Grzecznie jak uczeń przed gabinetem dyrektora, nóżka przy nóżce, proste plecy i miś na kolanach. Podszedł do mniej młody chłopak, blondyn z kucykiem, uśmiechając się

- Jak tam Sky? Byłaś w szkole? – uśmiech nie schodził mu z twarzy, pogodna postawa to normalne u Rubina. Jeszcze wczoraj rozdrażniony chłopak z pokiereszowanym ramieniem, a dziś pełen życia optymista z uśmiechem od ucha do ucha.

- Umm… No… N-nie – Sky od razu schowała się zawstydzona w misia.

  Rubin, aż odskoczył przerażony. Nic dziwnego wprowadził  dziesięciolatkę w   zakłopotanie, choć to chyba ona bardziej go zakłopotała…

 

 

 

 

 

 

 

                                                                                      5

 

 

 

       Ciemno niebieski samochód mkną szybko główną ulicą miasta, kierując się do budynku centrum handlowego Crip. Za kierownicą siedział Kaito Cross, wyraźnie poddenerwowany, trzymając jedną ręką kierownice a drugą papierosa.

 - Nie denerwuj się tak młody -  powiedział mężczyzna w czarnym garniturze. Nazywał się Paul King. Był całkowitym przeciwieństwem kolegi, doświadczony Senshi, maszyna do zabijania bez skrupułów. Cross był żółtodziobem rzuconym na głęboką wodę, nie każdy po ukończeniu akademii dostaje się do najlepszego oddziału w Japonii. – To nie pierwsza taka akcja, nie każde nasze wezwania kończy się jatką z tymi burkami wiec z łaski swojej jedź ostrożnie, lubię swoje życie i nie chcę go kończyć w wypadku…

  Paul nie miał żadnego szacunku dla większości ludzi, a już tym bardziej dla Proteusów, jedyną rzeczą jaka sprawiała, że byli dla niego psami a nie karaluchami była ich moc. W fachu takim jakim jest praca dla Nue niedocenianie przeciwnika to pewna śmierć, King wiedział o tym dobrze. Skończył akademie wraz z trzydziestoma siedmioma innymi studentami, tam uczyli ich o Proteusach – ich mocach, umiejętnościach; dostawali również swój zaifon, każdy model był wykonywany pod danego agenta na zamówienie by zmaksymalizować skuteczność. Z tej ponad trzydziestki przeżyło około piętnastu, bo walki z prawdziwym przeciwnikiem nie nauczą cię symulacje czy też podręcznik tu liczyła się zimna krew i bezwzględność.

 -Wezwać wsparcie? – powiedział zmieszany Kaito wypuszczając szybko dym z ust.

- Wsparcie? – ciemno-brązowe oczy Paula spojrzały na partnera z pogardą. – Jakie wsparcie, a na kija mi ratlerki biegające pod nogami. Załatwimy to szybko. Rozumiesz? W odróżnieniu od ciebie ja mam plany na wieczór.

  Samochód zaparkował przy krawężniku, a dwaj mężczyźni wysiedli z niego- każdy agent Nue był ubrany w garnitur- przeważnie, niekiedy wyżej ustawieni agenci zmieniali swój image. Weszli pewnym krokiem do budynku, mijając przerażonych ludzi, biegnących w stronę wyjścia. Jakże żałośni oni byli w oczach Paula, jak wieprz uciekający przed wilkiem, ludzie idący za tłumem właśnie tacy byli – siejąc panikę jeden nakręcał drugiego. Na środku centrum widać było ochroniarzy mierzących bronią w staruszkę, zabawne ktoś kompletnie nie kumaty mógłby pomyśleć, co to za świat gdzie w  niewinną staruszkę mierzy się gnatami. Kaito staną jak wryty, to była dla niego nowość, jak Proteus może być tak niepozornie wyglądającą staruszką. Podszedł do nich gruby łysawy ochroniarz, od razu było widać, że oblał w akademii policyjnej testy sprawnościowe i wylądował w sklepie jako mundurowy.

- Panowie Senshi? – grubawy ochroniarz delikatnie się zawahał, jego identyfikator z wygrawerowanym napisem Roy połyskiwał.

 Paul skiną głową ze spokojem, dla niego była to kolejna z wielu akcji. Rozkazałby wszyscy mundurowi się odsunęli i podszedł do staruszki.

- Ej babuleńko! Nie przemęczaj się tak. – na jego twarz zarysował się pogardliwy uśmieszek.

- Oj złociutki… Dżentelmen z ciebie – staruszka mówiła powili z pojękiwaniem, jak na jej wiek przystało.

- Powiem otwarcie poddaj się. Narobiłaś już i tak dużego harmideru.

- Młody człowieku a jak się nie poddam? – babuleńka spojrzała na Paula z ciekawością. Rzeczy ze stoiska ogrodniczego zaczęły się powoli same poruszać i mierzyć w agenta.

Gapie oglądający to jak jeden mąż zrobili kilka kroków w tył. Senshi uśmiechną się, to było dla niego zaproszenie, delikatnie poruszył ręką a z rękawa wypadł metalowy prostokąt lądując mu w dłoni.

- Ojej miałem nadzieje, że załatwimy to grzecznie… Kobiety nie tracą temperamentu z wiekiem, jak wino z czasem tylko zyskują!

- Dawaj gównia…

  Zanim staruszka skończyła zdanie koło niej stał Paul z ciemno-niebieskim, połyskującym mieczem, jednym szybkim ruchem ręki skończył tą zabawę. Jej głowa najpierw odpijała się po zmieni a potem toczyła, aż do fontanny. Tłum ludzi patrzył przerażony, słychać było szepty: jak on to zrobił, tak szybko, nawet nie zdążyła zaatakować. Mężczyzna wytarł policzek z krwi i udał się w stronę i  wyjścia wykonał gest ręką by Kaito również opuścił budynek. Jego miecz znów zmienił się w niepozorny prostokąt. Zaifon właśnie tak działał, mógł mieć kształt czegokolwiek- kostka, pierścionek, bransoletka, po aktywacji zmieniał się w najróżniejszą broń: miecz, pistolet, włócznie, łuk co tylko sobie Senshi wymarzył i czym było mu wygodniej walczyć. Paul wybrał miecz zawsze uważał, że proste rozwiązania są najskuteczniejsze.

- To było świetne! – Kaito był wyraźnie podekscytowany przedstawieniem w centrum.

- Nic w tym świetnego… - Paul nie podzielał entuzjazmu kolegi, bo co było świetnego w pozbawieniu staruszki głowy, ale taka była jego praca, bronić ludzi przed potencjalnym zagrożeniem. 

- Jak to nic świetnego? W kilka sekund znalazłeś się przy niej, tylko mrugnąłem a jej głow… -Kaito przerwał. Paul zabijał go wzrokiem, jego mina mówiła „jeszcze słowo, a policzysz los babci”. Dalej szli w ciszy. Większość drogi samochodem też przemilczeli, tym razem prowadził brązowooki mężczyzna, a wiatr wpadający przez uchylone okno rozwiewał jego krótkie, niebieskie włosy. Kaito siedział cicho, przyglądając się koledze, dziwiło go jego zachowanie. Doświadczony Seshi nie cieszył się po udanej akcji?

- Ej Paul. Żal ci jest tamtej kobiety?

 Kierowca spojrzał się na niego kontem oka, na jego twarzy pojawił się uśmiech co rozluźniło atmosferę.

- Nie. Nie jest mi jej żal, sama chciała mnie zabić, ale nie będę się cieszył z pozbawienia kogoś życia. – Mocno zahamował i zamkną okno. -  Posłuchaj Kaito to obosieczny miecz my zabijamy ich, a oni nas. Z tym, że Proteusy zagrażają niewinnym ludziom.

- Ale powiedziałeś do niej, że miałeś nadziej załatwić to po dobroci.

- Bo miałem, wyprowadzić ją stamtąd i tyle. Nie każdy z tych psów jest zły.

Kaito wybuchł śmiechem, on widział Proteusów jako morderców, psychopatów, terrorystów itd. Paul nie był lepszy, ale spotkał już przypadki odbiegając od książkowych opisów. Śmiech przerwał dzwonek telefonu, King odebrał szybko.

- King przy telefonie.

- Szykuje się na szach- matt.

- Black Fox? Czego chcesz! – rozmowa wyraźnie podniosła ciśnienie zazwyczaj spokojnemu Paulowi.

- Królu, ruch wykonany. Wrogowie biją do bramy. – mężczyzna w telefonie zaśmiał się.  – Kod Infinite w południowej części miasta… Powodzenia.

 Rozmówca rozłączył się. Paul gwałtownie zahamował, był cały blady. Po chwili na jego ustach pojawił się przerażający uśmieszek.

- Znowu on…- wyraźnie w jego żyłach zagotowała się krew, z każdą chwilą rosła ekscytacja.- No młody zaraz spotkasz boga, a może raczej diabła…

    Kaito spojrzał z zaciekawieniem. Boga? Diabła? Był ateistą nie wierzył w takie rzeczy, jedyną prawdziwą rzeczą była matka nauka, która potrafiła wszystko racjonalnie wyjaśnić. Długo nie mógł się zastanawiać, bo Paul tak depną na gaz, że wtopiło go w fotel. Nagle radio się włączyło, to oznaczało grubą imprezę:

DO WSZYSTKICH JEDNOSTEK PROSIMY OCZYŚCIĆ SIÓDMY SEKTOR Z CYWILI! POWTARZAM OCZYŚCIĆ SEKTOR Z CYWILI! WSZYSCY SERAFINI WINNI UDAĆ SIĘ DO SEKTORA SIÓDMEGO KOD INFINITE!!

- Serafini? To do nas… - Kaito zalał się zimnym potem. To nie była najlepsza wiadomość tego dnia, najpierw akacja w centrum teraz to, ale taka jest praca Senshi, dla członków Chimery i innych Proteusów są zakałą, a dla zwykłych ludzi to bohaterowie.

- Yep! – Paul miał zupełnie inne nastawienie, strach który towarzyszył mu jeszcze chwile temu znikł, zastąpiła go ekscytacja i ciekawość. Jako serafin walczył z najpotężniejszymi Proteusami – serafini to byli elitarni agenci, najlepsi i najzdolniejsi, geniusze w tym co robią, w każdej ambasadzie na świecie byli właśnie oni, jako straż dla głów państw lub jako właśnie politycy. Kaito został wybrany na jednego z nich choć nie uważał się za wybitną jednostkę, ale zdanie firmy nie podlegało dyskusji. Naukowcy z Nue starannie wybierają kandydatów, niekiedy dopiero po kilku latach służby ujawniały się wybitne zdolności wybrańców.

   Samochód po kolei mijał wozy policyjne i furgonetki Nue, dalej trwała ewakuacja sektora siódmego,  która po woli się kończyła. Przecznice dalej stał jeden wóz, od razu widać było, że należy do kogoś przy kasie. Zatrzymali się koło niego i wysiedli. Ulica była całkowicie opustoszała, ani żywej duszy. Nagle z cienia wyłoniła się kobieta, po samym ubiorze widać było, że to Senshi. Jej różane oczy przeszyły ich obu.

- Macie coś?

- Kultura wymaga by najpierw się przywitać. Nie uważasz?

- King nie mam czasu, on gdzieś tu jest… Kolejna katastrofa nie jest nam potrzebna. – Dziewczyna zmarszczyła czoło, w odróżnieniu od Paula była służbistką, dla której liczyła się tylko misja.

- Zabawne. Widzisz młody ta urocza kobietka to Iliana, podobnie jak my jest serafinem. – mówiąc to na jego twarzy był tak intrygujący uśmiech, który sprawił, że Kaito słuchał jak zahipnotyzowany. – Niech cię jej śliczna buźka nie zmyli to czarna róża naszego wydziału, zimna jak lód, aż się łezka w oku kręci, iż taka dziewczynka jest tak niedostępna.

- Zamknij się, nawet nie będę mówić jaki ty jesteś. Jesteś nowy tak?

- Ja?! Tak. Nazywam się Kaito Cross. – Mówiąc to brunet się wyprostował, a King wybuchł śmiechem zawstydzając go.

- Współczuje ci mieć za partnera taką zakałę jak Paul. – Iliana uśmiechnęła, to była rzadkość, praktycznie wszyscy mężczyźni w Nue są grubiańscy wiec bycie miłą grzeczną dziewczynką nie wchodzi w grę. 

 Dokończyli rozmowę po czym, zaczęli rozglądać się po okolicy. Kod infinite to nie przelewki, jest to coś w rodzaju zagrożenia atomowego. Sęk  w tym, że ta „bomba” to z pozoru zwyczajny człowiek o wiele większej sile niż jakikolwiek ludzi ładunek wybuchowy. Kaito nie czuł się za pewnie, nigdy nie miał styczności z tak wielkim zagrożeniem, a dwójka jego towarzysz nie wyglądała na specjalnie tym poruszonych.

- Zobaczę co jest tam. – King wskazał prawą ręka uliczkę.

  Dalej szli już tylko we dwoje. Panowała nie zręczna cisza, chłopak nawet nie myślałby spojrzeć na Ilianę.

- Czemu się nie odzywasz?

- Myślę. Dlaczego nazywają cię czarną różą? Znaczy nie chcę cię urazić, ani nic z tych rzeczy… Po prostu jestem ciekawy.

- Ze względy na mój zaifon. Widzisz te rękawiczki. – Iliana uniosła delikatnie ręce, na których były białe rękawiczki z symbolem róży i łodygami pokrytymi kolcami. – Mój zaifon jest wyjątkowy, gdy się uaktywnia potrafię zmaterializować tak jakby olbrzymie czarne ciernie.

- Naprawdę? Czekaj one żyją jak kwiaty?!

- Nie. – Zachichotała. – To sztuczna nie organiczna materia, ale z wyglądu formuje się w różne ciernie. To dość uniwersalne, bo pozwala na walki z większego dystansu, a twój zaifon? Jak wygląda?

 Kaito spojrzał na dziewczynę, szmaragdowymi oczami i powoli sięgną ręką do tyłu.

- To mój zaifon. – W dłoni trzymał z pozoru zwykły pistolet. – Gdy się uaktywnia staje się dwa razy większy i trochę bardziej futurystyczny.

- No, no. To jeden z starszych modeli- brutalna broń. Wiesz jak się nazywa ten model?

- Judge… - Chłopak spuścił wzrok. Nie wybrał tej broni z przypadku, ani z wygody. Wybrał ponieważ jej nazwa przypominała mu kim jest… Sędzią decydującym o życiu i śmierci. 

- Słyszysz to?!

- Co?!

 Na ulicy zaczęły kolejno gasnąć latarnie, jedynym źródłem światła stał się neon sklepu z narzędziami. Oboje w sekundę uaktywnili swój zaifon. W mroku nie było nic widać. Cisza stawała się nie znośna, było słychać jak szybko bije serce Crossa. Jego rozbiegany wzrok szukał czegokolwiek. Nagle z mroku dobiegł śmiech, dostojny, rozbrzmiewający echem. Kris zrobił krok w przód celując bronią przed siebie.

- Nie. – Powiedziała cicho opanowana dziewczyna. – Nie daj się sprowokować, ona tylko na to czeka.

 Chłopak pokiwał głową, przełykając ślinę cofną się w tył. Słychać było kroki jedynym, defektem było to, że było je słuchać wszędzie, jakby było wokół nich z dwadzieścia osób.

Powoli odgłosy stawały się wyraźniejsze, coraz, coraz, aż przed nimi ukazał się zarys postaci. Kaito zmrużył oczy, by zobaczyć kto to. Ku jego dziwieniu to była dziewczynka. Jej beżowe włosy były w ogromnym nie ładzie, a roześmiane oczy błyszczały w świetle latarni.

- Z-zgubiłaś się mała? – Niepewnie spytał Kaito

- Siostrzyczka pozwoliła mi się z wami pobawić. – Jej uśmiech był tak niewinny. Cross opuścił broń.

- Nie mamy czasu mała na zabawy. Uciekaj do domu…

 Dziewczynka zaśmiała się robiąc piruet, Iliana nie spuszczała gardy.

- Panie Senshi... a ma pan czas na śmierć… - rozśpiewany głos rozbrzmiał, a oni znaleźli się w całkowitym mroku…

 

 

 

 

 

 

 

                                                                              6 

 

 

    Sky siedziała po cichutku, jeszcze czerwona po rozmowie z Rubinem. Spokojnie obserwując co dzieje się dookoła, jej brązowe oczy śledziły każdy ruch poszczególnej osoby. Mówi się, że każdy widzi świat inaczej, Sky widziała go dosłownie inaczej. Byłą synestetykiem, to znaczy, że  widzi dźwięki i słowa w kolorach itp. Według Roko to piękna zdolność widzieć tan szary świat w tylu kolorach. Ludzie w Chimerze bawili się w najlepsze nie zdając sobie sprawy, że kilka kilometrów od nich toczy się walka, może z wyjątkiem Ventury.

   Stojąc przed barem patrzyła zaniepokojona w stronę sektora siódmego. Znowu on… jako przywódca Chimery jej zadaniem była ochrona członków, Shi nie krzywdził swoich „braci” – tak nazywał wszystkie Proteusy, wolałby tacy jak on dołączyli do niego. Ventura nie popierała jego idei, co za tym idzie przestała być już prawdziwym Proteusem w jego oczach, stała się wrogiem. Ale ludzie z Chimery byli nie lada kąskiem, dla terrorysty poszukującego sprzymierzeńców. Przez ulice co chwile przejeżdżały furgonetki Nue, od razu było widać, że coś się dzieje Jhon Votum nie wysyłałby tylu ludzi, dla zabawy.

- Gruba impreza, nie?

- To nie jest ani trochę śmieszne Sizar…

- To on?! – Sizar spojrzał w jej zielone oczy z zaciekawieniem.

- Nie. Przez chwile go wyczuwałam, ale teraz to nie on… To coś innego. Powiem ci jedno już im współczuje…

- Jak to? Proteus?! Ile?

- Nie ekscytuj się tak. W twoim wieku to nie wypada. Wyczuwam jednego i… i pół?

- Pół?! Jaja se robisz to nie możliwe!

  Ventura spojrzała na niego unosząc jeną brew do góry. Po tej wymianie spojrzeń oparła się o ścianę i spojrzała w niebo, głośno wzdychając.

- Tak pół… On jest tam, ale jak by go tam nie było. Najwyraźniej taka jego zdolność. – Kończąc zdanie ponownie spojrzała na niego. – No to teraz gadzie powiedz o czym gadałeś z Kidą…

-  Z młodą… Rozmawialiśmy tak o, o niczym.

 Jej ciemno zielone oczy, przybrały o wiele jaśniejszy odcień o źrenice stały się cienkie jak u kota. Odeszła od ściany, już za chwile stała twarzą w twarz z Sizarem.

- Zapytam jeszcze raz, ale inaczej. Ile jej powiedziałeś?

- Już teraz wiem od kogo Kida załapała takie metody przekonywania… - Mężczyzna sięgną dłonią do kieszeni po papierosa. – Powiedziałem jej tylko kim jestem i co nieco o Senshi… i no trochę o… - Jego twarz odrobinę zbladła. – No dobrze, to tyle to jak tam…

- Nie zmieniaj tematu. Dokończ! – przerwała mu.

- No wprowadziłem ją w temat Kazoku i jego grupy.

 Ziemia wokół Ventury pękła, a ona spojrzała zamurowana na niego. Przetarła twarz ręką i zrobiła jeden głęboki wdech. Patrząc na towarzysza z rozczarowaniem.

- Jak zareagowała?

- Wiesz w sumie dobrze. Tylko trochę jego wiek nią wstrząsną. Nie ma co się dziwić, my dla niej jesteśmy starzy, więc nie wiem co o nim myśli. – Sizar delikatnie się uśmiechną. – Ona już znała Algosa… Ponoć Zac do nich odszedł.

- Wiem w żaden sposób nie mogłam go zatrzymać. Tego najbardziej się obawiam, że moja rodzina się przez niego rozpadnie, że Shi powoli ją rozerwie jak kartkę papieru. – Jeszcze raz spojrzała w stronę sektora siódmego. Zastanawiając się jak ktoś może tak wszystko niszczyć dookoła. – Nie pal tyle. -  Uśmiechała się idąc w stronę wejścia.

- Co zrobisz jak on przyjdzie? Jak Zac będzie z nim? Zac już na pewno nie jest taki sam, stał się jednym z nich.

- Jak to co? – Odwróciła się w jego stronę. – Dla mnie najważniejsza jest rodzina, jedną straciłam drugiej nie pozwolę sobie odebrać… Zac już do grona mojej rodziny się nie zalicza, dla mnie znikną gdy odszedł z Shi… Zabije każdego, kto będzie chciał skrzywdzić kogokolwiek z Chimery.

  Sizar spojrzał z zaciekawieniem na nią. Jej słowa odbijały się echem w jego głowie. Przez te lata które znał Venture jeszcze nigdy jej twarz nie miała tak pustego. Mówiła mocne słowa bez jakiegokolwiek wzruszenia. To nie było o tyle dziwne, co straszne. Jeszcze raz spojrzał w jej stronę widząc jak wchodzi do środka. 

   Przez chwile stał kończąc papierosa. Ponownie wyją paczkę z kieszeni i na nią spojrzał. Jak ktoś mnie nie zabije. Wy to zrobicie. Wewnętrzna rozmowa z paczką papierosów, bawiła Sizara i trochę rozluźniała. Zawsze sobie to powtarzał, jeśli nie zabije go wojna, zrobią to papieroski. Gasząc papierosa spojrzał w niebo, a potem przed siebie.

Wiem, że gdzieś tam jesteś. Idę po ciebie…

Westchną i ruszył w stronę centrum pogwizdując.

   W środku nie działo się nic ciekawego, większość ludzi zbierała się powoli, by ponownie jechać do centrum. Ventura rozejrzała się po barze przyglądając się każdemu, zrobiło się jej ciepło na sercu. Sam widok szczęścia jej towarzyszy był uspakajający. Usiadła przy stole, a chwile później ktoś przyniósł jej napój. Siedziała tak powoli pijąc samotnie w ciszy. Do baru wszedł Zefir i Izabella z dużymi kartonowymi pudłami, dzwonek brzęczący za każdym razem gdy ktoś otwierał drzwi skupił na chwile uwagę wszystkich na tej dwójce. Zefir od razu zauważył zielonowłosą kobietę, siedzącą samotnie i zaczął iść w jej stronę. W połowie zatrzymał się. Karton wyleciał mu z rąk, a jego zawartość potłukła się. Chłopak zbladł i szybko odwrócił się w stronę okien przerażony.

- Wszyscy na ziemie!! Już!!

 Ludzie nie zdążyli nawet dobrze się położyć, gdy potężna fala wstrząsnęła budynkiem wybijając wszystkie szyby. Wszyscy leżeli otumanieni, a świst wybuchu szumiał im w uszach. Na podłodze wszędzie leżało szkło i kawałki cegieł. Pierwsza wstała Ventura, jej oczy lśniły zielonym światłem.

- C-co to było? – spytała Sky, jeszcze roztrzęsiona. – Kto mógł nam to zrobić. – W jej oczach zbierały się łzy. Powoli pociągając nosem wstała.

- Ktokolwiek to był, już jest martwy… - Powiedziała Kida wstając. Dziewczyna od razu wybiegła z budynku nawet się nie otrzepując. Jej oczy przybrały szkarłatny kolor.

- Bez jaj. Kto jest na tyle głupi, by atakować nas. – Dodał Roko, już stojący za Kidą. – Nikogo tu nie ma… To nie możliwe! Żadna istota nie była by wstanie tak szybko uciec…

- Nie szybko… Daleko. Na pewno jest gdzieś w pobliżu. Jeśli się streścimy to jeszcze go dorwiemy. – Rubin był równie wściekły co pozostała dwójka, oni pozbierali się najszybciej.

- Nie! – Krzyknęła Ventura. – Macie racje nikt przy zdrowych zmysłach, by nas nie atakował. Jestem prawie pewna, że chce nas tylko wywabić.

- No ty chyba żartujesz! Odpuścisz?! Po zniszczeniu baru?!

- Nie podnoś głosu Rubin… - Dodał Zefir, pomagając wstać z podłogi Izabelli. – Ventura ma racje, zostaniemy tu.

- Ale… Ale bracie! Bar jest zniszczony!

- Uspokój się! Iza cofnij czas i napraw zniszczenia…

- Dobrze Zefir. – Dziewczyna uniosła ręka i poruszyła palcem wskazującym w górę. Wszystkie kawałki szkła i cegieł zaczęły cofać się do tylu, układały się w szybę. Izabella potrafiła przywrócić zniszczoną rzeczy do jej pierwotnego stanu cofając czas lub przyśpieszyć czas niszcząc daną rzecz, mogła to zrobić z czymkolwiek z wyjątkiem żywego organizmu. – Skończyłam, wszystko jest tak jak było.

- Dziękuje Izabella. Jejku co za dzień. – Ventura poprawiła pasma włosów spadające jej na twarz, zaczesując do tyłu. – Ej! Wasza trójca święta ochłonęła to do środka.

 Rubin i Roko obrócili się w jej stronę i tak jak powiedziała, tak też zrobili. Kida stała nie ruchomo, a jej oczy nadal miały kolor szkarłatu. Jej mina wyrażała więcej niż tysiąc słów, nie chciała odpuścić, nawet nie dopuszczała tej myśli do siebie. Gdyby Zefir ich nie ostrzegł mogło dojść do tragedii, ktoś ich zaatakował, a ona miała odpuścić… O nie. Sky podeszła do Kidy, zazwyczaj kolory wokół niej miały odcienie turkusu – tylko ona miała taką barwę, nikt nie był tak spowity prześlicznym turkusem, przypominającym morskie fale, ale teraz ten kolor zrobił się czarny. Dziewczynka nie mogła tego znieść, do jej siostrzyczki nie pasował czarny kolor, to było straszne.

- Kida, nie idź. Proszę. – W jej dużych brązowych oczach ponownie zbierały się łzy. – Zachowujesz się jak nie ty.

- Sky… Nie przejmuj się. J-ja zaraz wrócę. – Uśmiechała się.

- Nie! – Jej piskliwy głosik uderzył w Kidę niczym zimny prysznic. – Zachowujesz się jak nie ty… Ja cię takiej nie lubię! - Po jej zaróżowionym policzku spłynęła łza. – Masz zostać. Każdy mówi, że pójdzie nie chwile, a nie wraca. Dlatego ty zostaniesz.

  Kida spojrzała na dziewczynkę oniemiała. Sky cicha, nieśmiała osóbka właśnie na nią nakrzyczała. Nastolatka zrobiła głęboki wdech. Jej oczy i aura ponownie stały się turkusowe, dziesięciolatka uśmiechnęła się ze łzami w oczach. Obie weszły do środka. Nie było żadnego śladu tego co miało przed chwilą miejsce. Ventura uleczyła wszystkim rany. To nie był koniec, pozostawał fakt, że atak w ogóle miał miejsce. Nie dawało to nikomu spokoju, ale dzisiaj zabroniono już o tym rozmawiać, by nie napinać nie potrzebnie atmosfery. Wszyscy się rozeszli. Na dole został tylko Zefir i Ventura. Chłopak spojrzał na nią ze stoickim spokojem.

- Mam sprawdzić kto to mógł być? – Z jego ust padło pytanie, tak po prostu, bez żadnych emocji.

- Tak. Ale… - Ventura podeszła do niego kładąc rękę na ramieniu. – Masz tylko sprawdzić kto. Nie wdawaj się w dziecinne bójki Senshi i tak są dziś podminowani, lepiej ich nie rozdrażniać dodatkowo.

- Nie wdaje się w dziecinne bójki. 

 Zefir wziął skórzaną kurtkę i wyszedł. Ventura mogła się tylko domyślać kto to był, w chwili zamieszania jej myśli były tak daleko, że straciła czujność. Co poradzić, najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Jej wzrok skupił się na czarno białych fotografiach wiszących w lewej części pokoju. Najstarsze zdjęcia miały co najmniej dwadzieścia lat. Na kilku z nich była w wieku Izabelli. Te fotografie przedstawiały ludzi, których już od dawna nie ma. Takie pamiątki niekiedy sprawiały ból, ale pozwalały podtrzymać pamięć o bliskich. Były tam też zdjęcia gdy Kida i Roko jak byli mali,  Zefira w wieku Sky lub Rubina z krótkimi włosami bez kitki. Jedno zdjęcie lubiła szczególnie, było największe i wisiało w najładniejszej ramce. Lubiła je ponieważ byli na nim wszyscy nawet Hana, wszyscy byli uśmiechnięci. To było z sześć lat temu. Na początku nikt nie chciał zdjęcia, a wyszło jak wyszło. Ile Ventura by oddała, żeby znów tak było, ale to nie możliwe, nic nie trwa wiecznie. Lecz jedna myśl ją pocieszała, to że wspomnienia są wieczne i aktualnie tylko one jej zostały.

- Babciu… Rozchmurz się. – Pogodny głos Kidy rozbrzmiał na dole. Dziewczyna podbiegła do Ventury przytulając ją mocno. – Wiesz co by się stało, gdyby ktoś cię zobaczył smutną?

- Nie jestem smutna, a poza tym nic by się nie stało.

- Masz minę jakbyś rozmyślała o starości. Stało by się wiele, ty nie możesz być smutna, bo ludzie podzielają twój humor, a tak w ogóle to przypominasz z taką miną Zefira. – Dziewczyna roześmiała się i pstryknęła Venture w czoło.

- Precz na górę, bo ci kopa sprzedam.

 Kida ponownie roześmiała się biegnąc na górę, a na twarzy Ventury zagościł uśmiech. Bo przypomniała sobie, że oprócz wspomnień ma ich, ich wszystkich. Ale należy pamiętać, że im jaśniejsze świtało tym większy mrok wokół niego.

 

 

Brak komentarza 4 Grudnia 2014 o godz. 20:52

Proteus I roz

Komentarze 10

Zura
Zura 10 Stycznia 2015 o godz. 21:39

Miałam przeczytać kawałek, na spróbowanie tak jak zawsze to robię, ale wyszło że przeczytałam całość Emoticon :)

Olinek
Olinek 14 Grudnia 2014 o godz. 17:32

Cieszę się, że kilku osobom sie to spodobało i że wgl ktokolwiek to przeczytał Emoticon :)

Aju1992
Aju1992 14 Grudnia 2014 o godz. 17:11

Długo się zbierałam na przeczytanie tego, bo naprawdę sporo tekstu. Ale skończyłam i przyznam, że historia ciekawa. Było kilka literówek (normalne przy takim długim opowiadaniu). Rozdział 4 (moim zdaniem) jest najlepszy. Całość wyszła interesująco. Wszystkich zachęcam do przeczytania.

Ninja
Ninja 5 Grudnia 2014 o godz. 13:18

Mi sie podoba Emoticon :D

LokiL
LokiL 4 Grudnia 2014 o godz. 22:26

Ach... zaczytałam się Emoticon ^.^ , ale było warto. Bardzo mi się spodobało. Po prostu świetne Emoticon :)

Lilia
Lilia 4 Grudnia 2014 o godz. 21:29

Dużo tego, ale przeczytałam Emoticon :) i naprawdę ciekawe. Lecz nie wiem czy komuś będzie się chciało xD choć warto jak dla mnie. Pozdrawiam Emoticon :D

Olinek
Olinek 4 Grudnia 2014 o godz. 21:16

Wow pochwała od cb?! Zapisze sb datę XD

LUCEK
LUCEK 4 Grudnia 2014 o godz. 21:14

Karo humanistka dopatrywała się błędów, ale masz szczęście nic nie wypatrzyłam "WYCBUCHU" Emoticon :p całkiem ładnie ci to wyszło jak na amatorkę.

Olinek
Olinek 4 Grudnia 2014 o godz. 21:12

Dziękuje Emoticon *.* We bo sie zarumienię xD haha

Mars
Mars 4 Grudnia 2014 o godz. 21:08

Oczywiście wszystko jest zajebiste Emoticon :D A ty dochodzisz do listy moich ulubionych pisarzek Emoticon :p

Wyświetleń: 490