Oneshot - Podniebny mężczyzna

– To jakiś pieprzony żart. – warknąłem, zapalając nieporadnie papierosa zapałką. Czynność pozornie prosta, stawała się wręcz niewykonalna, gdy człowiek znajdywał się na dachu trzydziestopiętrowego budynku. Do tego cholernie wiało.

– Nikt tu pana nie trzyma. – odparł, twardo stojąc na podwyższonej krawędzi dachu. Miałem ochotę na niego wrzasnąć, jednak w ostatniej chwili powstrzymałem się, nie chcąc mieć go na sumieniu.

– I tu się grubo mylisz. Przepadło, nie mogę cię zostawić.

– Niby dlaczego? – spytał. Nie widziałem jego twarzy, bowiem ani na moment nie odwracał się od krawędzi. Wydawał się całkowicie spokojny i zdecydowany. Tak. On już zdecydował i pogodził się z faktem, co nastąpi. Teraz jedynie twardo dążył do zrealizowania swojego założenia, jednak jak na złość, ktoś mu w tej realizacji przeszkadzał. Tak się składało, że tym ktosiem byłem ja.

– Przyjechałem tutaj służbowo. Znają mnie w recepcji, do tego gdy wjeżdżałem windą na górę, rozmawiałem z zaprzyjaźnionym boyem hotelowym. – wydmuchałem powolnie dym z płuc, dając sobie tym samym czas na przemyślenie słów. – Wie, że szedłem na dach, by pomyśleć i uspokoić myśli. Zawsze robię to, gdy się tu zatrzymuję. Mam umowę z właścicielem hotelu, więc mi na to pozwalają. – zakaszlałem. – To znaczy, że jak skoczysz będę za to odpowiedzialny.

– Nadal nie rozumiem.

– Bo widzisz... tak działa umysł ludzki. Będą mówić „był tu, jak ten koleś skakał” „Naprawdę? I nic nie zrobił?” „Dokładnie, nieczuły człowiek, powinien zostać za to ukarany”. – odegrałem samotnie dialog, sprawnie zmieniając w odpowiednim momencie głos. – Przepadło. Jedyne, co mi pozostaje to sterczeć tu jak kołek do końca i starać się przemówić ci do rozumu, inaczej stracę swoje dobre imię.

– A jak nie przemówi mi pan do rozumu? – rzucił wyczuwalnie rozbawionym głosem.

– To będę gadał utarte powiedzenia „Nie marnuj życia”, „Przemyśl to jeszcze”, „Na pewno nie jest tak źle”, aż w końcu skoczysz i będę miał spokój. – westchnąłem. – Potem powiem wszystkim, że starałem się przekonać ciebie, ale mimo to i tak to zrobiłeś.

– Wygodnie i sprytnie zarazem. – pochwalił mnie. – Czyli mam rozumieć, że nie będzie się Pan bawił w amatorską psychoterapię?

– Ani mi się śni. Nie jestem psychologiem, by naprawiać twój zepsuty umysł. Pewnie bym go tylko jeszcze bardziej zepsuł, a to by się równało z popchnięciem ciebie. Skaczesz? Ok, to twoja decyzja, ale ja do tego ręki nie przyłożę. – wyjaśniłem swoje stanowisko. Gdy tylko rano obudziłem się zlany potem wiedziałem, że będzie to zły dzień. Wstałem i odkryłem, że rzeczy mojej kobiety zniknęły. Zostawiła mnie. Potem okazało się, że są jakieś problemy z moją powieścią, dlatego musiałem przyjechać do Tokio i zatrzymać się w tym hotelu. Jakby tego było mało zachciało mi się „pomyśleć” i tak znalazłem się tutaj. Stałem na tym pieprzonym dachu, paliłem pieprzony papieros i rozmawiałem z pieprzonym samobójcą. Jakbym nie miał wystarczająco dużo problemów na głowie.

– Ciekawe podejście. – mruknął. – Każdy inny próbowałby zrobić wszystko abym nie skoczył, trując mi jak bardzo się mylę w swojej decyzji.

– Słuchaj... eee... jak w ogóle się nazywasz? Nie lubię zwracać się do kogoś tak przedmiotowo.

– Czy to ważne?

– Dla mnie tak. A konkretniej to, co ci szkodzi powiedzieć? Jak skoczysz i tak całe Tokio dowie się jak masz na imię. – sapnąłem, czując jak moją skórę głaszcze zimny wiatr. Był porywisty i nad wyraz nieprzyjemny, jakby przez to chciał przekazać całemu światu, że dziś zginie człowiek.

– Będę sławny. – zaśmiał się z własnego żartu. – Może pan na mnie mówić „podniebny mężczyzna”.

– Jak poetycko. – odruchowo przeczesałem włosy do tyłu.

– Prawda? To by było coś, gdyby zamiast mojego imienia w gazetach pojawił się nagłówek: Podniebny mężczyzna skoczył z dachu hotelu i przeżył.

– O ile przeżyjesz.

– Fakt, o ile przeżyję. – przytaknął.

– Widzę, że masz dość jasno określone priorytety. Skaczesz, bo chcesz zrobić szum w mediach.

– To nie takie proste. – plecy podniebnego mężczyzny napięły się, a głos nieco stracił na energii. Teraz znacznie bardziej pasował do człowieka, który zamierzał popełnić samobójstwo.

– Naprawdę? To wytłumacz mi, dlaczego skoro te twoje problemy nie są proste, to i tak wybrałeś ze wszystkich sposobów na ich rozwiązanie akurat ten najprostszy?

– Najprostszy?

– A nie? – strzepnąłem popiół z papierosa. Wiatr porwał go momentalnie w przestrzeń, pozostawiając przede mną jedynie jego puste wspomnienie. – Czy nie najprościej jest się zabić i zwalić wszystko na tych, którzy nadal żyją? Zapamiętaj to podniebny mężczyzno, najtrudniej jest zostać i zmierzyć się z problemami samemu.

– Jak poetycko. – powtórzył moje słowa. – Musi pan być pisarzem.

– Uhm. – przytaknąłem.

– Mam prośbę, napisze pan o mnie?

– Niby dlaczego mam to zrobić? Nawet nie wiem, z jakiego powodu chcesz skoczyć...

– A jeśli panu powiem? – dalej nalegał. Co miałem zrobić? I tak martwemu już człowiekowi, nie powinno się odmawiać. Poczułem jak moje myśli zamieniają się w sieczkę. Zacierają się granice między prawdą a kłamstwem, żartem a powagą, tym co realne i nierealne.

– Dobrze.

– Dobrze. – powtórzył po mnie. Plecy znów mu się rozluźniły, a głos wrócił do poprzedniego swobodnego tonu. – Umarłem.

– Jeszcze nie, ale jak tak dalej pójdzie...

– W przenośni. – przerwał mi zirytowanym głosem. – Naprawdę jest pan pisarzem?

– A to, że nim jestem, to znaczy, że zaraz mam wyłapywać i rozumieć wszystkie przenośnie świata? – westchnąłem z urazą.

– Punkt dla pana. – podniebny mężczyzna ostrożnie usiadł na krawędzi, nadal nie odwracając się do mnie przodem. – Umarłem za życia, będzie to dobrze brzmieć w książce.

– Nie przeceniaj siebie. Na pewno nie napiszę o tobie książki, co najwyżej kilkustronicowe opowiadanie. To jedyne na, co możesz liczyć.

– Zadowolę się i tym. – kolejny raz się zaśmiał. – A więc umarłem za życia. Wszystko posypało się jak domek z kart. Zostawiła mnie kobieta, w pracy również przestało się układać... jednak to nie to było problemem. Problemem było to, że nic z tym nie zrobiłem. Niepowodzenia spływały po mnie, jak woda po kaczce. Beznamiętnie wzruszałem ramionami i dalej szedłem przed siebie, będąc kompletnie niezaangażowany we własne życie. I tak właśnie umarłem za życia.

– To głupie. – rzuciłem. W mojej piersi zrodziła się kulka złości, która rosła z każdym jego słowem. – Po prostu nie rozdrabniałeś się nad problemami, ot co. Czy byłbyś bardziej żywy, gdybyś nad każdą sprawą medytował, próbując coś z nią zrobić? Czasami się nie da, a staranie się na siłę przynosi tylko niepotrzebny ból.

– Nic pan nie rozumie. – zganił mnie ostrym głosem. – Zostawiła mnie kobieta, a ja najzwyczajniej w świecie przyjąłem to do wiadomości i ruszyłem dalej. Nie walczyłem o nią, choć wiedziałem, że jest dla mnie najważniejsza. W pracy było podobnie... rzuciłem to, co mi nie wyszło, nawet nie próbując poprawić czegoś, co mogło okazać się złotem. Robiłem tak zawsze. – podniebny człowiek mówił, a moje serce biło coraz szybciej, spłoszone jego słowami. – Rodzice zostali napadnięci i zamordowani. Pochowałem ich, ale nawet przez myśl nie przeszło mi by szukać sprawcy i go karać. Beznamiętność, obojętność, puste dążenie do przodu... idę byle iść, żyję bo tak trzeba, jedynie z obowiązku. Po co to robić? Po co pchać w przyszłość trupa udającego żywego?

– To co mówisz... – sapnąłem, kompletnie porażony jego słowami. Przed oczami stanęło mi moje życie oraz moje czyny. Czy aż tak bardzo różniłem się od niego? Czy przypadkiem również nie byłem trupem, który udaje żywego? Co powiedziałem dziś wydawcy? Powieść ma braki, jednak jeśli ją poprawisz okaże się ona naprawdę dobra, oznajmił mi, a ja jedynie wzruszyłem ramionami i odmówiłem. Zrezygnowałem już na starcie. A co z moją kobietą? Widząc pustą szafę, poczułem realny ból. Wsiąkał w moją skórę, dostawał się do krwiobiegu i wraz z nią rozlewał po całym ciele. Skoro tak to boli, to dlaczego do niej nie zadzwoniłem? Odpuściłem.

– Życie nie polega jedynie na parciu do przodu. – podniebny człowiek zignorował mój stan i kontynuował dalej. – Spotykamy na swojej drodze przyjemności ale i też problemy. Za dobro odpłacamy dobrem, a gdy coś się dzieje reagujemy. Obojętność jest czymś, co czyni nas martwymi. Trup pochowany w ziemi nie przejmuje się tym, czy zjedzą go robaki, czy bliscy będą nad nim płakać, czy też skończy zagrzebany w ziemi jedynie w obskurnej skrzynce. Nic z tym nie zrobi, bowiem nie ma takiej możliwości. Obojętność jest jego domeną, bowiem śmierć naznaczyła go nią. Żywi powinni się tego wystrzegać, jak ognia. My w przeciwności do trupa, możemy coś zrobić, a rezygnowanie z tego jest głupotą. – zamilkł. W uszach gwizdał mi wiatr, ciało oblewał nieprzyjemny pot, a serce biło... biło tak mocno, że miałem ochotę je wyrwać i wyrzucić. Spadłoby wtedy na ziemię i rozprysło uderzając o twardy beton parkingu, uwalniając moje ciało od tego dziwnego uczucia zagubienia. Naprawdę miałem ochotę to zrobić. Stanąć wraz z podniebnym człowiekiem na krawędzi i skoczyć, porzucając tym samym żywot trupa udającego żywego. Nagle podniebny człowiek wstał. Otrzepał starannie spodnie, poprawił rękawy marynarki, po czym zszedł z podwyższenia i przeszedł koło mnie. Będąc w całkowitym szoku nawet nie zwróciłem na to uwagi. Swobodnie minął moje sztywne ciało, zostawiając żywego trupa samego. Wiatr zawiał. Zszokowany podszedłem do krawędzi, jednak nie wszedłem na podwyższenie. Patrzyłem jedynie w dół, przyzwyczajając własny umysł do tak ogromnej wysokości. Każdy, kto by stąd skoczył, skończyłby marnie. Żadnych szans na przeżycie, jedynie całe mnóstwo czasu na przemyślenie. Wychylasz się, skaczesz i lecisz. Zanim uderzysz o beton, mija na tyle dużo minut, by całe życie przeleciało nam przed oczami dwa razy. Raz by przypomnieć, a raz by móc pożałować, że się skoczyło. Nagle moje ciało wstrząsnął dreszcz. Odwróciłem się do tyłu, a moim oczom ukazały się plecy podniebnego mężczyzny. Stał przodem do drzwi, wyraźnie chcąc mi coś jeszcze powiedzieć. Nieśpiesznie wyjął coś z kieszeni. Usłyszałem cichy dźwięk pocierania zapałki o siarkę i już wiedziałem, że podniebny mężczyzna właśnie zapalił papierosa. Chwilę jedynie palił go ze spokojem, całkowicie ignorując moją obecność. Po kilku dobrych minutach odwrócił głowę, przez co nareszcie mogłem w pełni zobaczyć twarz podniebnego mężczyzny, trupa udającego żywego, człowieka obojętnego na życie. Oczy powiększyły mi się ze strachu, a serce przyśpieszyło jeszcze bardziej, choć myślałem, że jest to już nie możliwe. Ta twarz, charakterystyczne rysy. Lekki, dwudniowy zarost, zielone nieco zamglone oczy i blizna po bójce w barze nad prawą brwią.

– Ty jesteś... – wyjąkałem, czując jak słowa grzęzną w moim gardle. Podniebny mężczyzna uśmiechnął się z satysfakcją, po czym odwrócił się i wszedł do środka bez słowa, pozostawiając mnie na pastwę własnych szalonych myśli. To był jakiś absurd. Kręciłem z przerażeniem głową, nie chcąc przyjąć tego do wiadomości. – Nie, nie, nie... – mruczałem, nie potrafiąc ogarnąć tego swoim umysłem. Nawet nie zauważyłem, że zacząłem się cofać. Ciało całkiem samo zadecydowało, a ja nie potrafiąc tego zatrzymać, znów zignorowałem obojętnie sprawę. – Podniebny mężczyzna, to... – zacząłem, gdy nagle uderzyłem tyłem o podwyższenie, które natychmiastowo ścięło mnie z nóg. Straciłem równowagę i niczym kłoda, poleciałem do tyłu, spadając w przepaść za sobą. – … jaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa... – dokończyłem, a ostatnie słowo rozciągnęło się do niebotycznych rozmiarów, aż całkowicie ucichło. Życie dwa razy przebiegło mi przed oczami. Zaiste, raz by przypomnieć, a raz by pożałować, że skoczyłem.

Mówi się, że głupi ma szczęście. Powiedzenia nie biorą się znikąd, a jak byłem tego żywym dowodem. Tak, żywym. Spadłem na ciężarówkę wypełnioną starymi materacami z hotelu, które zamierzano wyrzucić. Nie obyło się bez obrażeń – kilka złamanych żeber, jak i też lewa noga, a także prawa ręka powyżej łokcia. Do tego liczne zadrapania i siniaki, jednak nie było to ważne.

– To cud, że przeżyłeś... – miała w oczach prawdziwe łzy, jednak wyraźnie starała się nie rozpłakać. – Gdy zadzwoniłeś... naprawdę mi ulżyło. Bałam się, że zignorujesz moją wyprowadzkę, że nie jestem dla ciebie ważna. – uścisnąłem jej delikatną dłoń. – Powiedziałeś, że chcesz mieć mnie przy sobie.

– Uhm. – przytaknąłem, czując jak moje serce rośnie. Byłem szczęśliwy i spokojny, bowiem dni mojej obojętności minęły. Powstałem z martwych, by wziąć własne życie w swoje ręce, tym razem nie zamierzając jedynie biernie przeć do przodu.

– Zapomniałabym. Dzwonił twój wydawca. Żałuje, że nie przekonał cię byś poprawił swoją powieść, jednak nie jest to już teraz istotne. Opowiadanie, które mu wczoraj przesłałeś uznał za genialne... „Podniebny mężczyzna” według niego ma szansę na nagrodę w konkursie literackim. Już wysłał zgłoszenie.

– To dobrze. – uśmiechnąłem się. Tak, jak powiedziałem podniebnemu mężczyźnie, na książkę nie zasłużył, ale opowiadanie to, co innego. Usatysfakcjonowany, zdrową ręką chwyciłem za poranną gazetę i nieporadnie rozłożyłem ją przed sobą. Wzrok od niechcenia padł na pierwszą stronę. Roześmiałem się głośno. Tak naturalnie, lekko i przede wszystkim żywo. Kobieta patrzyła się na mnie zdziwiona, jednak po chwili i ona się uśmiechnęła. Idealne zakończenie, pomyślałem nadal wpatrując się w duży nagłówek, napisany czarnym tuszem na szarym papierze gazety: Podniebny mężczyzna skoczył z dachu hotelu i przeżył.

 

Zaiste idealny.

 

Brak komentarza 12 Grudnia 2014 o godz. 00:48

Oneshot - Podniebny mężczyzna

Komentarze 0

Tego Artykułu jeszcze nikt nie skomentował

Wyświetleń: 246