Oneshot - Maska

Oneshot - Maska

Idę prostą drogą, po prostym chodniku, wzdłuż prostego krawężnika, zaraz obok prostej ściany, a mimo to i tak padam jak długi. Pech to pech, przeznaczenia podobno nie oszukasz, jednak tym razem pragnąłem tego, jak nigdy. Błagam, choć ten jeden raz zamknij oczy i daj się oszukać, czy nie ułatwiłoby to nam wszystkim życia?

– To ty. – niemal jęknąłem czując nadchodzący ból w głowie. Nie będzie on wywołany upadkiem, a raczej jej spotkaniem. Zawsze to się tak kończy, a przecież nie powiedziała jeszcze ani słowa.

– Beznadziejnie. – no i powiedziała. Jakiekolwiek złudzenie na uratowanie sytuacji prysło. Podnoszę się ciężko do pionu, niezdarnie otrzepuję spodnie, jednocześnie starając się na nią nie patrzeć, bo i po co? Wiem przecież jak to się skończy, mimo to wzrok nieposłusznie robi swoje. – Chyba nie oczekujesz, że ci pomogę. – ach, no i spojrzałem. A jak, przecież to takie normalne. Spotykasz kogoś, witasz się z nim, patrzycie na siebie... prosto i nieskomplikowanie, jednak nie z nią. U niej zawsze musi być inaczej.

– Gdzież bym śmiał. – odpieram sarkastycznie. Brawo, właśnie na własne życzenie otworzyłem Puszkę Pandory, a kluczem do niej był sarkazm. Niczym wytrych podważał jej nerwy, luzował hamulce i sprawiał, że nie pozostawały już żadne złudzenia, co do jej charakteru. Bezlitosny i brutalny, ot i cała ona.

– Denerwujesz mnie i to bardzo.

– I vice versa.

– Chcesz się kłócić? – pyta ostrym głosem.

– A jak powiem nie, to coś to zmieni? Magicznie przestaniesz warczeć, jak stary odkurzacz i z uśmiechem na ustach zostawisz mnie w spokoju? – och, najwyraźniej nie tylko jej puściły dziś hamulce. Czemu nie. Mierzy mnie wzrokiem zabójcy, wyraźnie zastanawiając się przez chwilę nad kolejną ciętą ripostą. Niemal dostrzegam obracające się trybiki w jej głowie, które jeszcze trochę, a nie wytrzymają ciśnienia. Śrubki się obluzują, sprężyna odpadnie i ze zdrowego rozsądku już nic nie pozostanie.

– Mogę znieść wiele, ale ciebie nie potrafię. – mruczy, zawzięcie tnąc mnie wzrokiem, niczym samurajskim ostrzem. – Jak ty to robisz? Gdzieś tego uczą, czy z tym jednak trzeba się urodzić?

– Spójrz w lustro i zapytaj samą siebie – nie pozostaje dłużny. – jesteś w końcu ekspertką od denerwowania ludzi.

– Ludzie mnie kochają. – rzuca, w sumie mówiąc prawdę, choć jeśli wdać się w szczegóły rzeczywistość okazuje się całkiem inna.

– To tylko pozory. Przybierasz maskę, odwalasz szopkę, pokazujesz się taką, jaką oni by chcieli cię widzieć. Podajesz im na talerzu produkt zwany tobą, jednak naprawdę jesteś diablicą. – podciągam kołnierz do góry, czując irracjonalny chłód na skórze.

– Pozory, czy nie... – prycha. – Ważne, że działa.

– A dlaczego przede mną nie udajesz?

– Bo mi się to nie opłaca. – spogląda na mnie prowokacyjnym wzrokiem, po czym niknie w budynku, gdzie pracujemy. Przerażająco szczera kobieta... tylko jeżeli chodzi o mnie. Przede mną nie gra, nie udaje, pokazuje prawdziwą twarz, zdejmując ceramiczną maskę idealnej lalki. Ktoś nie przyzwyczajony widząc ją od tej strony zapewne dostałby szoku, co wcale nie dziwi. Zobaczenie na własne oczy, jak anioł zamienia się w demona... doświadczenie bezcenne, choć brzemienne w skutkach. Czegoś raz zobaczonego nie da się odwidzieć, czegoś raz poznanego nie da się znów uczynić nieznanym, czegoś raz powiedzianego nie da się odwołać. Kto uważa inaczej kłamie lub świadomie sam siebie oszukuje, bowiem zapomnienie jest oszustwem, a ignorancja zimną poduszką. Jej chłód przyjemnie koi twarz, materiał gładko oblepia czaszkę, magicznie przysłania problem i nieprzyjazny świat, ale i również niepostrzeżenie oraz podstępnie dusi. Wtedy pozostaje w nas już jedynie lęk... lęk i odraza do samego siebie.

Wysłali mnie na coroczny festiwal w świątyni. Kolorowe fajerwerki, liczne stragany, kobiety w tradycyjnych yukatach i nieliczni mężczyźni w ciemnych kimonach. Jest gwarno, w powietrzu unosi się zapach takoyaki, pobudzając moje ślinianki do wzmożonej pracy. Już po paru sekundach mam ochotę zjeść jedną porcję, co też robię, nie potrafiąc odmówić sobie tej przyjemności. Ściągam ostrożnie gorące kulki z patyczka, jednocześnie przyglądając się przepływającemu tłumowi. Niczym rzeka, przesuwa się w jasno określonym kierunku. Przecież głównym celem jest świątynia, tam można pozostawić swoje marzenia, modlitwy, błogo wierząc, że zostaną spełnione. Ludzie pochylają głowę, pokornie składają ręce w geście modlitwy, a gwar festiwalu przygrywa ich powadze i skupieniu, które odchodzą z momentem odwrócenia wzroku od świątyni. Nagle jakieś dziecko wpada na mnie. Patrze na nie i zamiast pulchnej twarzy widzę maskę, które zwykło się sprzedawać na festiwalach. Lisi demon, bowiem to jego wizerunek przedstawiała maska, patrzył na mnie roziskrzonym wzrokiem, twardo trzymając w ręce czerwony wiatrak.

– Nic ci nie jest? – pytam, jednak dziecko nie odpowiada. Przechyla jedynie lisią główkę na bok, po czym trąca mnie kręcącym się wiatrakiem w rękę. – Co do... – nie zdążam skończyć. Dziecko wbiega w tłum, znikając w rzece ludzi. Jeszcze przez chwilę wpatruję się tam, jednak po sekundzie konsternacji przypominam sobie o ostatniej kulce takoyaki, która nadal nabita na patyczek przeze mnie trzymany, czeka aż łaskawie ją zjem. Spełniam jej oczekiwanie i już po chwili znika w moich ustach, jakby nigdy jej tu tak naprawdę nie było. Tak samo, jak dziecka w masce lisiego demona. Pozostała po nim jedynie smuga czerwieni, kręcącego się w oddali wiatraka.

...

Idę pomiędzy tłumem, jedynie pobieżnie spoglądając na mijające mnie osoby. Ich istnienia trącają mnie w ramiona, oślepiają barwnością i własną indywidualnością. Czegoś szukam, jednak nie bardzo wiem czego. Po jakimś czasie dochodzę do świątyni, wchodząc po schodach i przechodząc pod czerwono-czarnymi bramami. Piękna i zadbana, choć drobnych rozmiarów świątynia, budzi we mnie ogromny zachwyt. Skromność jest jej kartą atutową, przemawiającą za boskością tego miejsca. Tak. Można naprawdę uwierzyć, że w zamkniętej kapliczce strzeżonej przez dwa kamienne lisy, mieszka bóstwo, które raz do roku przyjmuje na swych włościach rozentuzjazmowany tłum festiwalu. Ogarniam jej piękno całym wzrokiem, chłonę kawałek po kawałku, nie chcąc ominąć ani jednego szczegółu. Nagle kogoś dostrzegam. Siedzi przy źródle wody, leniwie przelewając ją specjalnym nabierakiem. Włosy gładko rozpuszczone, ciało przyozdobione yukatą, a na twarzy maska lisiego demona. Rozpoznaję ją, mimo to, że nie dostrzegam jej ostrych rysów i karcącego wzroku.

– Co tutaj robisz? – pytam, nie wiedzieć czemu podchodząc bliżej. Sam prowokuje los, by mnie kopnął. Nawet nie raczy mnie spojrzeniem, nadal monotonnie przelewając wodę. Zanurza nabierak, po czym podnosi do góry i cienkim strumieniem leję ją, jak życzenie. Jak może brzmieć modlitwa kobiety w masce?

– Dlaczego akurat ty mnie dostrzegłeś?

– Siedzisz nieco z boku, więc to normalne, że można cię nie zauważyć. – stwierdzam. – Akurat świątynia mi się spodobała, więc postanowiłem przyjrzeć się jej dokładniej i wtedy...

– Nie. – przerwała mi, nadal nie unosząc głowy.

– O co ci znowu chodzi? – przygotowałem się do walki. Dobrze ją znałem, więc wiedziałem, że rozmowa z nią może skończyć się tylko jednym, kłótnią.

– Nic nie rozumiesz. – kręci karcąco głową, a kosmyki jej długich włosów podążają w takt za nią. Zdenerwowałem się. Przez moment naprawdę chciałem być miły, przecież to nie tak, że z zasady jej nie lubię. Mimo to, nie minęła nawet sekunda, a ona zdążyła mnie już doprowadzić do granicy, gdzie chęci się kończą, a zaczyna rzeczywistość. A rzeczywistość jest taka, że złość zalewa mnie kawałek po kawałku, tylko przez jedno jej słowo. Zaciskam pięści, nie chcąc już tego słuchać.

– Jak sobie chcesz. – dosłownie warczę, gotów odwrócić się i odejść, jednak nie robię tego. Dlaczego? Być może przez kaprys, a być może przez jej drżące ramiona, jakby właśnie łkała. Przymykam na chwilę oczy i rzucam pod nosem jakieś nie warte uwagi przekleństwo, następnie siadam koło niej. Tym razem łaskawie na mnie spogląda, choć nadal nie mogę odczytać emocji z maski, którą nosi. – Skoro nic nie rozumiem, to może mi wytłumaczysz?

– Maska. – zaczęła, a ja omal oniemiałem. Czyżby czytała mi w myślach?

– Co z nią? – zdobyłem się na odwagę i pociągnąłem temat. Ramiona przestały jej drżeć, ale wyraźnie nie była dziś sobą. Jakiś pierwiastek niej się zmienił, jednak nie potrafiłem odgadnąć, o co może chodzić. Wyglądała na nieco pokonaną, choć być może to było jedynie złudzenie.

– To dziwna sprawa. – rzuciła gniewnie, nieco bardziej jak prawdziwa ona. Mimowolnie odetchnąłem słysząc, że powoli znów staję się sobą, przecież nawet aktor męczy się graniem, a co dopiero ona, prawda?

– Na pewno nie dziwniejsza od tańczącego pingwina. – mruczę od niechcenia.

– Skąd ci się teraz wziął tańczący pingwin? – lisia maska patrzy na mnie jej oczami, do których zdążyłem się już przyzwyczaić. Wzdycham przeciągle, czochrając i tak już wystarczająco poczochrane włosy.

– Nie uwierzysz, ale jak byłem kiedyś w ZOO, to widziałem pingwina.

– W ZOO przeważnie są pingwiny. – kąśliwa uwaga uderza mnie w tył głowy niczym pocisk. Prycham na nią lekceważąco wiedząc, że inaczej się z nią nie da, w końcu przede mną nie gra... bo jej się to nie opłaca.

– Super, skoro już to ustaliliśmy, to łaskawie dasz mi skończyć? Więc byłem w tym ZOO i tam był pingwin.

– Do tego już doszliśmy. – rzuca, nieco zirytowanym głosem.

– Co ty nie powiesz. – warczę, mając jej już serdecznie dość. – Patrzę na pingwina, a on dosłownie tańczy... znaczy dreptał nóżkami w miejscu zapewne z zimna, ale wyglądało to na taniec. Koślawy, ale zawsze.

– To dziwne. – przyznaje, spuszczając nieco z tonu.

– Widzisz? Zapewne sprawa z maską nie przebije tańczącego pingwina.

– Żebyś się nie zdziwił. Widzisz tę maskę? – wskazuje smukłym palcem na oblicze lisiego demona, a ja w odpowiedzi jedynie kiwam twierdząco głową. – Od kiedy ją założyłam, nie mogę jej zdjąć... i przez to nikt mnie nie zauważa.

– Fakt, to dziwne. Tańczący pingwin się przy tym chowa...-- uśmiecham się krzywo, będąc nieco zmieszany jej słowami. – A tak na marginesie, ja cię zauważyłem.

– Ty jesteś nikim.

– Jak miło. – wstaję ze złością, nie mając już do niej cierpliwości. – Zostań tu sobie sam, na sam z maską... pasujecie do siebie idealnie. Oboje pokazujecie jedynie fałszywe oblicze. – rzucam, po czym odwracam się chcąc, jak najszybciej stąd zniknąć.

– Zaczekaj panie „nikt”. – jej dłoń chwyta mnie za rękę, po czym zmusza siłą bym znów usiadł. Dlaczego siadam? Nie wiem, być może kolejny raz chodzi o kaprys, a być może o ciepło jej dłoni? Zbieram się w sobie i patrzę na nią. Lisia twarz z jej oczami również na mnie patrzy, więc przez chwilę tkwimy w dziwnej próżni naszych spojrzeń.

– Czyli nie możesz jej zdjąć i nikt cię nie zauważa.

– Uhm.

– Nie to, że ci nie wierzę... ale możemy to sprawdzić?

– Uhm. – przytakuje, po czym wstajemy i podchodzimy bliżej świątyni, gdzie grupka ludzi właśnie wrzuca ofiarę do pudła.

– Przepraszam... chciałbym się zapytać, jak wam się podoba przebranie mojej koleżanki. – zaczynam, choć dobrze sobie zdaję sprawę z tego, że brzmię sztucznie i dziko. Jak element układanki, który nie pasuje do całości, psuję ich spokój i zmuszam do czegoś, czego normalnie by nie zrobili. Spoglądają na mnie dziwnym wzrokiem, po czym przenoszą wzrok na siebie.

– Koleżanki? – pyta pierwszy.

– Jakiej koleżanki? – wtóruje mu dziewczyna. Serce przyśpiesza mi nieznośnie i dla pewności sam spoglądam obok siebie, by upewnić się, że nadal tam stoi. Zaiste, stała obok mnie kobieta w kimonie i lisiej masce, jednak zdawała się jakaś bladsza, niczym przygaszony płomień, który nie ma siły dalej walczyć. Zbieram się w sobie i przyciągam ją do siebie.

– Przecież stoi obok mnie.... – warczę przez zęby w nadziei, że przestaną ze mnie żartować i nareszcie ją dostrzegą. Mimo to, jedynie co od nich dostaję, to obce spojrzenie i ciche wycofanie się poza zasięg, jakbym był wariatem. Być może naprawdę zwariowałem, a to co teraz się dzieje, dzieje się jedynie w mojej chorej głowie?

– Widzisz? Nikt mnie nie zauważa.

– Ja cię zauważam. – warczenie wchodzi mi w krew, jednak nie chcę ustąpić. Stoję tu, a ona stoi obok mnie. Nie ma innej opcji.

– To nie istotne...

– Nie pieprz. – przerywam jej, po czym odwracam się do niej twarzą w twarz, mimo to i tak spotykam się z lisią maską. Mierze się z nią wzrokiem, szukam słabych punktów, analizuję wszystkie fakty. – Przestań gadać tak, jakbyś właśnie przestała istnieć. Istniejesz... stoisz tu, oddychasz, czuję twoje ciepło, nawet wkurzasz mnie jak zawsze, a to jest cholernie realne. – po chwili niemal krzyczę. – Istniejesz.

– Skoro tak twierdzisz.

– Tak właśnie twierdze. Lepiej powiedz, skąd masz tę maskę?

– Dało mi ją dziecko.

– Co? – dukam, jakby właśnie połknął coś wyjątkowo okropnego.

– Chłopiec z czerwony wiatrakiem. Wcześniej miał maskę na sobie, jednak dał mi ją i poprosił bym ją założyła.

– A ty ją tak po prostu założyłaś.

– A co miałam powiedzieć?

– Na przykład, nie? Ale rozumiem. – rzucam, przypominając sobie chłopca z wcześniej. Też go spotkałem, choć do mnie nie raczył się odezwać, a jedynie uderzył mnie wiatrakiem w rękę, jakby to było jego jedynym celem w życiu. Zwaliłem to na wiek dojrzewania i oczywiście zignorowałem, jednak teraz wszystko zdawało się dziwnie wykręcać, tracąc swój pierwotny kształt.

– Wierzysz mi?

– Tak, bo ja również go spotkałem.

– Dlaczego akurat mi dał maskę, a tobie nie? – pyta, a w jej głosie słychać swego rodzaju wyrzut. Ziemia kręci się, słońce dumnie wisi na nieboskłonie, wszystko jest tak, jak powinno, nawet ona. Niezmiennie mnie denerwująca.

– Bo pewnie zauważył, że i tak jedną już nosisz.

– Co?

– Grasz przed wszystkimi, pamiętasz? Pewnie dzieciaka, też próbowałaś zwieść i to wyczuł. – snuję swoją teorię, choć sam mam wrażenie, że brzmi na nieco naciąganą. Ona jest naprawdę świetną aktorką, myślę, że spokojnie nikt nie jest w stanie przejrzeć jej maski. Nawet mi udało się to przecież tylko przypadkiem, bo sama mi na to pozwoliła.

– Czy to źle, że chce być przed innymi nieskazitelna?

– Pozornie nie, ale czy w taki sposób znalazłaś choć jedną osobę, którą możesz nazwać swoim przyjacielem?

– Mam przyjaciół... – mruczy, jak mała dziewczynka. Wzdycham, nie mając do niej cierpliwości.

– Jasne, że masz, tylko ciekawe, czy nadal nimi by byli, gdyby zobaczyli twoją prawdziwą twarz. Pokazałaś ją im kiedyś?

– Nie. – odpowiada bez zastanowienia. – Inaczej nie byliby moimi przyjaciółmi. – jakie to dla niej logiczne. Kiwam głową przecząco.

– Przyjaciel to ktoś, kto akceptuję cię taką, jaka jesteś. Z każdą najmniejszą wadą, nawet jeśli wkurzasz niemiłosiernie, a twój charakter pozostawia wiele do życzenia.

– Och... czyli jestem sama? – pyta takim głosem, że niemalże jej nie poznaję. Znów wygląda na pokonaną, a wręcz złamaną, jakby świat stracił barwy, a rzeczywistość skrzywiła się, burząc wcześniejszy obraz. Patrzę na nią ze współczuciem, które jakimś cudem narodziło się w mojej piersi... jak już mówiłem, nie jest tak, że nie lubię jej z zasady, po prostu ta kobieta posiada szczególną umiejętność wyprowadzania mnie z równowagi. Nasza rozmowa zawsze przebiega na zasadzie walki. Cios za cios, słowo za słowo, cięta riposta za nie mniej ciętą ripostę. Wiem jaka jest, wiem też, że na jej zmianę raczej nie mam co liczyć, a mimo to nie potrafię zostawić samej osoby, która mimo założonej maski, jeszcze nigdy nie wyglądała tak prawdziwie. Przymykam na chwilę oczy, po czym oddychając głęboko unoszę dłonie do góry. – Co ty...

– Cicho. Jestem mężczyzną, zdjęcie takiej maski nie powinno być dla mnie problemem. – mamroczę, niepewnie dotykając brzegów maski. Jest gładka, nad wyraz chłodna w dotyku. Podważam delikatnie gumkę, a potem nie dając sobie czasu na strach i zwątpienie, zdejmuje ją z jej twarzy. W osłupieniu trzymam maskę w dłoniach odkrywając, że nie jest to jakaś tam tania maska ze straganu, a prawdziwe porcelanowe dzieło sztuki. Przyjemnie ciężkie, odpowiednio układało się w palcach, jakby specjalnie pozwalając na mój dotyk.

– Zdjąłeś ją. – głos jej drży, choć na początku nie mam pojęcia, czy bardziej ze złości, zazdrości, czy może wzruszenia. Dostrzegam jej twarz, tak znajomą, będącą prawdziwym obliczem tej dziwnej kobiety. Zmarszczone brwi, usta wykrzywione w dziwnym grymasie, oczy świecące się prowokacyjnie do walki.

– Oczywiście głupia, przecież jako jedyny akceptuję cię taką, jaka jesteś. – wstaję, podchodzę do jednego z pomników lisa strzegącego świątyni i opieram maskę o jego niepozorne łapy. Przez chwilę wpatruję się w maskę, jednak nie rozmyślam się... ta maska nie może z nami pozostać, już nie ten czas i nie ta pora, by cokolwiek udawać. Odwracam się do niej, łapię ją za rękę i pociągam do góry. Patrzy się na mnie ze złością, jednak mimo to nie protestuje, jakby niemo dając mi przyzwolenie na ten mały akt tyrani. Nie tracąc ani chwili, nachylam się nad nią i siłą wymuszam na niej pocałunek. Przez chwilę walczy, jednak chyba jedynie dla zasady, bowiem po sekundzie szarpania oddaję pocałunek z nawiązką.

– Masz szorstkie dłonie. – marudzi.

– Bo ciężko pracuję.

– I spierzchnięte usta. – kolejny zarzut w moją stronę.

– Taa, jestem taki nieidealny, a mimo to nadal trzymasz tę moją szorstką dłoń. – uśmiecham się prowokacyjnie. Znów marszy brwi, uśmiecha się cynicznie, po czym odwraca się i idzie przed siebie, a ja za nią. Dlaczego?

 

Nie wiem, być może kolejny raz chodzi o kaprys, a być może o to, że jej dłoń wciąż kurczowo trzyma mnie za rękę. Kobieta w masce tylko dla mnie ją zdejmuje, pozwalając łaskawie byśmy denerwowali siebie już do końca życia... razem.

Brak komentarza 7 Stycznia 2015 o godz. 22:23

Oneshot - Maska

Komentarze 0

Tego Artykułu jeszcze nikt nie skomentował

Wyświetleń: 201