Choroba zwana Japonią - część 1

    Dobra, z całą pewnością tytuł tego artykułu, a raczej serii artykułów, dla wielu ma dość negatywny oddźwięk. Choroba kojarzy nam się z czymś nieprzyjemnym, czymś, co przejmuję kontrolę nad naszym ciałem, osłabia nas, nie daje nam szansy na normalne/codzienne życie, a wręcz nagina je do własnych potrzeb. Być może, lecz myślę, że słowo "choroba" w zestawieniu z Japonią idealnie obrazuje to, jak ów kraj zaistniał w moim życiu. Nie chcę nazywać tego nałogiem, bowiem nie należy mylić mojej fascynacji Japonią z czymś, czego nie potrafię kontrolować - chorobę w większości przypadków można wyleczyć, nałogu już nie. Nałóg pozostaje, możemy go jedynie tłumić (zasada, że alkoholikiem/narkomanem itd. pozostaje się na całe życie). Ale zacznijmy od początku, bowiem początek jest pierwszym krokiem determinującym naszą dalszą drogę.

Więc, jak to się stało, że zaczęłam kochać Japonię całym swoim europejskim sercem? Wszystko zaczęło się na początku drugiej klasy liceum. Mieszkałam wtedy na wsi, a tam jak to na wsi - brak internetu robił swoje, więc wszystkie te nowinki ze świata internautów były dla mnie zupełnie obce. Wolny czas, którego często miałam pod dostatkiem, jakoś trzeba było zapełnić, tak więc albo spotykałam się ze znajomymi, albo oglądałam telewizję. W ciągu roku szkolnego nie było tak źle, jednak kiedy przychodziły wakacje, a wolny czas rozrastał się do wielkości niemalże nieograniczonej, zaczęła mnie dopadać stara, dobra i tak przez wszystkich znana nuda. To były jeszcze te czasy, kiedy ani nie czytałam nałogowo książek, ani też nie rysowałam, ani nie pisałam - jedyne, co miałam to muzyka i morze niespożytkowanego czasu. Tak się właśnie składało, że mój starszy o trzy lata brat, już od ponad roku okupował Warszawę - studia i te sprawy - tak więc, mając dostęp do błogosławionego stałego łącza internetowego, oraz posiadając dość mocną miłość do fantasy, pewnego pięknego dnia trafił na Anime. Bach, wciągnęło go nie na żarty i już zawsze gdy przyjeżdżał na weekend do domu, oglądał namiętnie przeróżne seriale animowane japońskiej produkcji. Uwaga, zapewne teraz posypią się hejty w moja stronę, ale wtedy nie rozumiałam jego fascynacji - a raczej nie wiedziałam, co w tym wszystkim widzi - tak więc w konsekwencji najzwyczajniej w świecie śmiałam się z niego, że dwudziestoparolatek jak małe dziecko ogląda "bajki". O losie byłam głupia... dobrze, że przynajmniej nie nazywałam ich "chińskim bajkami" ;p.

Wspominałam już, że w wakacje miałam multum wolnego czasu. Dosłownie chodziłam po ścianach i wkurzałam wszystkich dookoła, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Oczywiście jednym okiem podglądałam "bajki" oglądane przez brata, jednak dzielnie broniłam się przed ciekawością, nie chcąc przejść na ciemną stronę mocy. Pewnego pięknego dnia nuda sięgnęła zenitu... Pogoda była paskuda - na dwór wyjść raczej nie było sensu, chyba że lubowało się w konkursach mokrego podkoszulka. Telewizja, jak to telewizja w wakacje - powtórki na potęgę, wciąż te same programy, które znałam niemal na pamięć. Co mam robić? Jak spożytkować wolny czas i nie zwariować?

Odpowiedź była bardzo prosta. Kochany brat z iście wielki uśmiechem na twarzy, którego nie powstydziłby się sam Kot z Cheshire, podsunął mi przed nos swój laptop. Otworzył tajemniczy plik o nazwie "Anime dla sister", po czym myszka kliknęła dwa razy pierwszy plik filmowy. Ekran stał się czarny, i już po chwili mój świat obrócił się o 360°...


 

Ciąg dalszy nastapi!


 


 

 

 

Brak komentarza 3 Czerwca 2014 o godz. 15:57

Choroba zwana Japonią - część 1

Komentarze 0

Tego Artykułu jeszcze nikt nie skomentował

Wyświetleń: 216